17 marca 2016

poezja

Sztelak Marcin
Sztelak Marcin

Cterdzieści i cztery (w skali Beauforta)


Za drzwiami rozbitkowie falują
po klatce schodowej. Mocno
trzymam klamkę, bo łodzie ratunkowe
wypełnione po brzegi.
 
Ostatnie. Wypuszczam je jak wianki
przez niedomknięte okno, od podwórza.
Tam parkuje Titanic, ostatnie poprawki
kursu.
 
Trudno mieć pewność, że na pewno
zatopi górę lodową. Tymczasem wpław
docieram do wyspy, brnąc
przez podłogi i inne okoliczności przyrody.
 
W końcu wytęskniona bezludność, cisza
i pasztet. Z orzechów kokosowych.
Tylko na wszelki wypadek mam schowaną tratwę,
w smartfonie. Bez ładowarki.
 
Ale co ma wisieć, więc ostrzę brzytwę,
w jej blasku coraz lepiej widać ślady Piętaszka.
I samotność trzasła jak bańka mydlana.
Odchodzę, szybki krokiem po wodzie.
 
Dziwne, nawet nie zmoczyłem skarpet,
a gorączka wzrosła. Za drzwiami spokój,
utonęli w odmętach piwnicy. Pora kończyć
in flagranti z judaszem i ratować.
 
Ogórki i inne słoiki. Na ciężkie czasy. Idą
kolejne kreski.

alt art
17 marca 2016 o 13:44

rozum początkiem jest wszelkiej substancji..

zgłoś

jeśli tylko
17 marca 2016 o 13:48

ale najbardziej tłumi go zatkany nos..

zgłoś

alt art
17 marca 2016 o 13:57

no gdzieś trzeba składować substancję..

zgłoś

Ananke
17 marca 2016 o 22:18

świetny :) ktoś po "trzydniówce" ;) też mógłby czuć podobnie

zgłoś

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się