Przekroczyłam dziesięć miesięcy księżycowych
bez uzasadnienia, naukowo wyznaczona granica
rozciągała się, na każdym etapie daleko
przed czasem definitywnego rozwiązania.
Skrojone z romantyzmu szkiełko i oko, dziurawe
ręce specjalistów (wspieranych wysokiej klasy
sprzętem oraz zalegającą rutyną), zdemaskowały
przerośnięte paznokcie i śmierdzące łożysko,
na które spoglądano z obrzydzeniem.
Rodziłeś się, wiotką szyję dwukrotnie oplatała
żmija. Zdradził cię pojękujący oddech,
dozgonna gwarancja bezterminowego piętna.
Zwyczajny przypadek, zbieg okoliczności, a takie
nie prowokują konfliktu z sumieniem, wątpliwości
i pęknięcia pozszywano finezyjnym ściegiem,
z dbałością o szczegóły.
Śniłeś swoje życie, zamknięty w przezroczystej kuli,
która do samego końca nie odkryła znikających plam
wybielonego personelu ani przyszłych wydarzeń.
im głębiej w wiersz, tym więcej poezji w poezji... podoba się :)
zgłoś
nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale chyba o porodzie, który się nie udał. wiele zapada w pamięć obrazów, zamknięcie w kuli. Mnie zaniepokoił i zaciekawił
zgłoś
Sam53, cieszę się, że wiersz się spodobał. Senograsta, czasem w poezji uczucie, jakie wiersz pozostawia jest ważniejsze od zrozumienia. Ja mam tak często. Dziękuję za Twoje słowa.
zgłoś
Mam nadzieję, że nie stało się tak, jak każe mi myśleć ten zwrot - "pojękujący oddech", i, jakby na dopełnienie (żeby nie było wątpliwości) - "żmija".
zgłoś