Prowadziliśmy na nim marudne i bezcelowe monologi z niewidzialnymi słuchaczami. Z rozmówcami, których ukryta obecność potwierdzała się naszym wołaniem w rozgwieżdżoną noc, a kończyła skokami ciśnienia; ciemność nie zezwalała na racjonalne myślenie.
Milcząc, ograniczaliśmy się do sygnalizowania rozpierającego nastroju w ten sposób, że niekiedy mój, albo jego ogienek papierosa wędrował w stronę mroźnych gwiazdozbiorów mknących w rozpędzoną przestrzeń.
Bo choć wiedzieliśmy, że powinniśmy trzymać się razem i robić dobrą minę do złej gry nie godząc się ze swoim losem, jakkolwiek mieliśmy nadzieję na jego odmianę i udawaliśmy, że życie jest ciągle przed nami, to zżerało nas przekonanie, iż nasze wspominki wpędzają nas w przygnębienie.
Zazwyczaj znajdowaliśmy się w trakcie gorączkowego niemyślenia o swoim najbliższym „kiedyś”. Na ogół braliśmy udział w odmiennych sytuacjach, a nasze rozmowy zakreślały tory i prostowały ścieżki nie te, którymi dążyli pozostali mieszkańcy, lecz te które gwarantowały nam przetrwanie w zgorzkniałym rozpamiętywaniu przeszłości.
Ale nie tyko nam były niezbędne nocne odwiedziny na tarasie. Niekiedy pojawiali się na nim inni rezydenci: niewidoczni za dnia. Jak ślimaki pozamykane w swoich osobnych pokojach – skorupach, nocami zaś prowadzące aktywne życie.
Wówczas tak w nich, jak w nas, rodziły się wstydliwe zwidy i zaległe kwestie do natychmiastowego uregulowania. Ciążyły nad nimi problemy przywleczone z przeszłego istnienia, i one to nie pozwalały im spać. A tonąc we wspomnieniowej mgle, zmuszały ich do odłożenia dzisiejszych wzruszeń na kto wie, czy nie na zawsze.
Docierało do nas wtedy, że jesteśmy skazani na siebie, ponieważ nikt z personelu nie może pojąć naszych rozterek. Uświadomiliśmy sobie wtedy, że zatrudnieni tu, fachowcy od miłosierdzia, znają nas pobieżnie: są wynajmowani do odfajkowania pomocy. Dostrzegają nie tyle nasze wnętrza, co widoczne, cielesne futerały i dysponują teoretyczną, zasłyszaną wiedzą świętych lepiących pęknięte garnki.
Oślepiał nas nierealny blask przestarzałych wrażeń. Mimo to wydawało się nam, że niekiedy znajdujemy z nimi realny kontakt, bo choć do teraz pogrążaliśmy się w inwazji minionych barw, to nadal wydawało się nam, że jesteśmy dla nich ludźmi. A gdy dochodziło do nas, jak znikome i niedostrzegalnesą nich nasze problemy widziane z odległych galaktyk, uśmiechaliśmy się do siebie z przepraszającym zakłopotaniem.
Cudne są wspomnienia, aż do ich nieistnienia.
zgłoś