nie nazywam już braci po imieniu
rozbierali mnie
kawałek po kawałku biorąc
jak swoją
w bólu i osamotnieniu trzy razy
ocierałam się o śmierć
za słaba by wstać
zbyt silna by umrzeć
wypluwając kości
po cichu kołysałam niewinne dzieci
a szkielet rozpadał się na tysiące oczek
nawlekali
wówczas bezbronna
dziś nieuległa
pełna pamięci i dotyków
z prochu powstałam
mam imię
przeglądam się w sumieniach innych
a oni ubrani w koronki z obłudy / mówią mi zapomnij ot było minęło / leją miód do ucha by za czas niedługi / nóż wbijając w plecy mogli skończyć dzieło //świetne! //pozdrawiam//
zgłoś
świetne! chyba zostanę fanką Twojego obrazowania i środków wyrazu
zgłoś