Zmiana sposobu prezentacji
sinusoida pulsującego błękitu
przecina płaszczyznę logiki
punkty zbieżne kłamią
linie równoległe w nieskończoności
krzyczą o dotyk
pozostając jałowe
czas jest dzieleniem przez zero
pętlą bez początku
wykresem który nigdy nie dotknie osi
prawdy
próżnia nie ma zapachu
jest matematycznie czysta
znikam w ułamku
którego nie da się
skrócić
to tylko ciche pęknięcie na krawędzi nocy
gdzie reszta jest milczeniem — jedyną prawdą
głośniejszą niż krzyk
różewicz rozebrał świat do naga
zostawiając nas w pustym pokoju
bez ścian i okien
komu przyjdzie zgasić ostatnią latarnię
przymierzyć buty które
nigdzie już nie zaprowadzą
nie ma drogi
zostaje tylko chłód
między być a nie być
krótka pauza
przed
instrukcja obsługi ciała obcego
nie gwarantuje że wstaniesz wyspana
w środkach ostrożności nie ma nic
o zakochaniu inaczej
ważyłabym słowa tańczyła do rytmu
fraza o czułości sprawia że drżą mi dłonie —
dotyk za dotyk i masz mnie
więcej w tobie drapieżnika niż baranka
pieprzyć więc ładne metafory — język
i tak znajdzie najczulsze miejsce
w którym obce stanie się ciałem
i nikt nas z tego nie wyliże
jestem częścią naturalnego cyklu
wrastam w ziemię
wyrastam z wody
w związku z księżycem bywam
matką
żoną
kochanką
przy nadziei pola pszenicy
szeleszczą swoim językiem
i wszystko wzbiera
kręć się kręć wrzeciono
i choć dłonie mam pełne gwiazd
smakuję życie
miłość wplatając między zboża
pierwsze: nie rozszczepiaj światła, ani żadnej rzeczy która jego jest.
nie ma już wspólnego punktu. ciemność — jasność,
jasność — ciemność. są tylko chwile, przez które budzę się
szukając szklanej kuli. przemierzam światy,
by pokonać pryzmat, ominąć białe światło i dotrzeć
na skraj czarnej tęczy. to jedyny punkt, by spowolnić czas
tego co pomiędzy. nie rozszczepiaj światła,
nie ma już miękkiej krzywej; pamiętaj jego kształt, kruchość,
i ten zimny rodzaj ciszy, kiedy wszystko gaśnie.
drugie: nie przeciągaj. struna jak kij — ma dwa końce.
nie wrócę do kręgu ognia; jasność oślepia
i parzy. niby te same płomienie, a skóra stała się
przezroczysta. prawdziwa przyjemność, to czerń;
wmasowana w ciało nie definiuje początku
i końca nie widać.
rozpisać ciszę
by wybrzmiała
na dwa głosy potrzeba pary
w płucach zaledwie kropla
i to znajome rzężenie
drzemiesz
dzień i tak wisi na włosku —
po włosku tylko kawa
ty stawiasz
a ściany rosną —
bezszelestnie i
stajesz się wiatrem w kominie
głosem na dwa świerszcze
jesteś
między ustami a brzegiem ciszy
słyszysz
rozpisać pustkę
by wybrzmiała
w metrum cztery czwarte
cisza rozchodzi się po kościach
wyjątkowo zimny maj zostawia ślad
unikam odpowiedzi na pytanie
o słowo o kamień — milczę
słowem i kamieniem
niekończąca się myśl przebija światło
i znów zapada senność — wieczna pamiątka
Róża po wyrwanym sercu
trzecie: nie mów, gdy nie wiesz, czy nie skaleczysz
słów trzeba pilnować. wymykają się jak iskry — pożar
odbiera zdolność akomodacji. czytam z własnej dłoni
i wiem, jak bardzo zawodzi nas język. niepostrzeżenie
zwijam się w czerń, tylko tak odetnę więzy. bez dymu
wygaszę światło.
czwarte: nie wykradaj czarnych wiśni z mego raju
i stała się ciemność. zachowawczo sprawdzam
wszystkie zakamarki. są czyste i wonne. pora kwitnienia
przesuwa krawędzie, odwraca znajome zapachy. nie kradnij;
wiśnie dojrzewają w popiołach. każdej nocy
nasze kości strzelają,
jak pestki.
piąte: nie wyrywaj moich tkanek z (nie)pamięci
ewoluuję na nowo. płomień zgasł i teraz ciemność
jest namacalna. skóra ma kolor smoły, dlatego
wtapiam się w tło. widmo pogorzeliska, to tylko zły sen,
odległy o kolejną noc, za którą czarny świt
wdrapuje się na kolejny poziom.
