|
| |
|
WSZYSTKIE PRACE
Poezja (103) Proza (3) Dziennik (94) Fotografia (46) Grafika (10)
Pocztówka poetycka (19) O autorze Znajomi (51) | |
Moje kobaltowe dziecko mnie nie poznaje;
nożem obieram kamienie, którymi wypycham
kieszeń. Kamienie na zimę spadają z drzew można
je jeść bez obierania z ust wychodzi robak.
Robaki mieszkają w kamieniach dlatego kamienie
gniją; znowu jest noc
Moje kobaltowe dziecko krzyczy przez sen
jego imię; zamykam szczelnie okna z kieszeni
wyciągam kamienie, wykładam na talerz
kikutem dłoni karmię obcego psa
Za godzinę znowu jestem biała teraz skończona; psy
są oswojone, zima mija znowu kamienie rosną na
drzewach, kwitną - jest nowy czas już jestem głodna
blizna na moim brzuchu rośnie do światła
podwójna
Moje kobaltowe dziecko rozpruwa kieszenie
wbycz, podoba sie, lecz nie wiem dlaczego, ja glupota:))))
zgłoś
Nie wiem, czy Ci się to spodoba, ale jesteś w tych wierszach jak Beksiński. Stary Beksiński.
zgłoś
Tak to prawda, Waldek ma rację, jesteś mroczna jak stary Beksiński, ta mroczność mnie przeraża i jednocześnie pociąga, a może wciąga...i to jest fajne.
zgłoś
Poetyka i niepokój obecny w całej twórczości ZB jest mi wyjątkowo bliski. Być może jedną z szal przeważył na zawsze obraz zobaczony w 1999 roku... Wiktorio, ie czuj się przerazona. To tkanka rzeczywistości.
zgłoś
podoba mi się bardzo kobaltowe dziecko**
zgłoś
kupiłbym to nawet
zgłoś
A pod tą tkaną czuć puls. Nieanonimowy. Pozdrawiam.
zgłoś
Tak. Piękne. W Sanoku przeczytałam, że Beksiński chciał być reżyserem. Twoje wiersze są niemal jak scenariusze.
zgłoś
Kiedyś, na którymś roku miałam zajęcia z historii sztuki z śp. prof. Wiktorem Zinem. Opowiadał, jak oblał młodego wtedy bardzo Zdzisława Beksińskiego na egzaminie z rysunku, bo ten położył perspektywę rysując osadę w Biskupinie. Prawda, jak ciężko w to uwierzyć patrząc na jego późniejsze obrazy?... Ciekawe, co teraz obaj robią po drugiej stronie...
zgłoś
Po drugiej stronie płótna?
zgłoś
Znam kogoś, kto nie wpuścił kiedyś Bastka Riedla przez bramkę na jego własny koncert, bo nie wyglądał na samego siebie, a koleś na bramce był ignorantem i pił w dodatku na służbie.
zgłoś
Mój z kolei kolega ze studiów filozoficznych pracował jako wykidajło, bo natura najwyraźniej do tego go stworzyła (poza umiłowaniem myśli). A było to u początków kariery zespołu Myslowitz, nadto dodam, że działo się w Mysłowicach. Pewnego dnia pojawił się u bram klubu nie tak jeszcze znany Artur Rojek, który uparcie nie chciał zapłacić za wstęp chwytając się na końcu argumentu: "Ja nazywam się Artur Rojek i wejdę do tego klubu za darmo" na co uzyskał prostą jak uwagi Wittgensteina odpowiedź "A ja nazywam się Szymon Palka i chyba będę musiał Ci musiał zaraz wybić zęby".
zgłoś
a mój kolega chce przebiec maraton
zgłoś