|
| |
|
ALL WORKS
Poetry (801) Prose (73) Diary (269) Photography (24)
Postcards (3) Handmade (24) About me Friends (94) | |
W rozedrganym powietrzu lipcowego południa,wsród rozlatujących się wrośniętych mchami w ziemię zabudowań gospodarczych, dających ułudę chłodu, Bronek wygłosił swoją najpiękniejszą mowę pogrzebową.
Siedział na huśtawce równie zgrzybiałej jak on sam, powiązanej sztukowanymi kawałkami sznurka. Biała skóra pleców wskazywała na pierwszy od lat kontakt ze świeżym powietrzem.Kalesony urwane bardziej niż obcięte tworzyły namiastkę przywleczonej przez letników mody na " bermudy". Fatalnie dopasowana sztuczna szczęka normalnie uniemożliwiająca jakikolwiek dialog oparty na wzajemnym zrozumieniu wypowiadanych kwestii tym razem zadziałała bezbłędnie. Może na skutek zimna oddanego przez lody bambino, których to Bronek był wielkim smakoszem. A może właśnie dlatego że te słowa musiały brzmieć zrozumiale.
Ciszę między mlaśnięciami wypełniło zdanie:
-Szkoda Janka.........mógł jeszcze pozipać.....miał jeszcze kilka zdrowych zębów.
krótko i na temat:))))))))))))))))))))))D
report
Nie było czasu na rozmyślanie ;))))
report
fajne z polotem
report
Może to głupie ale uwielbiam tą opowieść Rafale :)
report
Pouwielbiam z Tobą:)
report
Dziękuję :))))))))))))
report
Hihihi:)
report
Dzięki An :))))))))). Zawsze chciałem napisać o tym wiersz, ale chyba jeszcze nie potrafię :(
report
:)
report
:))
report
Kalesony nie tworzył. Lody bambino. Interpunkcja!
report
:)) - oczywiście - dzięki !
report
Boszeeeee, to tu pokrzykują?;)
report
dobrzesię czyta, ake czyta się za krótko.Pisz dalej.
report