Czemu pan nie pisze? Bo ludzie nie czytają.
Jeśli myślę o homeostazie - to poniekąd, jak strzelił, zapełniam jakąś lukę pomiędzy słodyczą a nihilizmem. Jeśli ktoś jeszcze się nie połapał, bo i ja sam się nie łapię, moimi naczelnymi tematami jest przebodźcowanie, struktura jaźni, deklaratywna radość twórczości i wynalazczości, w pewnym sensie historyczność, albo przynajmniej akcydentalność, Piękno, może to jedno z nielicznych słów, które jeszcze potrafię napisać z wielkiej, i poczucie bezsensu, a może nawet grozy egzystencji. Jeden z moich tekstów - “jaka piękna pogoda! Nie umiem żyć, i nie wierzę - właściwie w nic!” Może niekiedy myślę o tym jako o marce, ale jednak musicie mi wierzyć na słowo - piszę jak żyję.
Nie czytałem nigdy Opowieści z Narni. Jakkolwiek kocham Aslana, jako transpozycję postaci ze starożytnego Bliskiego Wschodu na ten bajkowy, leśny, tytoniowy sposób myślenia Inklingów. Podoba mi się, kiedy Głos, zapytany, kim jest, mówi - Sobą… czyż trzeba coś więcej? Czyż trzeba aż dyskusji o tym, czy Darwin był deistą i czy Ogród Eden poprzedzał czy wyprzedzał rewolucję neolityczną? Sympatyzuję z zachwyconymi jaskiniami Lascaux, a nawet do pewnego stopnia widzę coś urzekającego w bezsensownym przecież dataizmie. Ale czy nie możemy sobie pozwolić, by tkanina między ziemią a Niebem nie była zszyta aż tak równym ściegiem? A jeśli nawet, to czy musimy uciekać się aż do jakichś form kantyzmu?
Nie. Ale ja i tak nie potrafię marzyć. Kiedy łapię się na marzeniu, wyrzucam je sobie. Tym gorzej z zakochaniem, które starożytni, może prócz Safo, uważali za chwilowe rozchwianie zdrowia psychicznego. A przecież wszystko jest marzeniem, wszystko jest wyobrażone, w pewnym sensie. Jeśli uważam, że coś nie jest wyobrażone, to tylko zmysłowe piękno. Poniekąd, nawet czyjeś i własne wnętrze wydaje się czymś wyobrażonym. Może piszę to z zemsty, bo szukam głębi, a znajduję tylko pustkę. Holderlin, gdy już zamieszkał w wieży, prześcigając głupiego Hegla w radykalizmie powołania, zgnieciony jak robak przez obłęd i ambicję, sięgającą dalej niż ta van Gogha, bo on był tylko ekspresjonistą, woła - czyż i psy nie jedzą z okruszyn!
Byłem na łąkach i przez pół godziny udało mi się marzyć. Wydawało mi się, że słyszę Głos, który mówił: Sobą… Sobą… Sobą… byłem zniszczony nieudanym romansem, bezsensownymi przygodami, drobnymi długami, przyrodzonym czarnowidztwem, niechęcią do ducha czasów, świadomością niemożliwości ucieczki przed nim, a więc poniekąd upokorzeniem - upokrzeniem przez porażkę mojej misji, kiedy wydawało mi się, że mogę powtórzyć gest Holderlina, który, jak wspominam, prześcignął Hegla. Byłem zgnieciony jak robak, wyglądałem gorzej niż Keith Richards, z pewnością nie byłem ekspresjonistą, i przez chwilę, niespodziewanie, może z racji przebodźcowania, zacząłem marzyć, a właściwie marzenie pojawiło się samo, i usłyszałem Głos… Sobą… Sobą… Sobą…
W skali mikro to wydaje się jednym z głębszych przejawów historyczności, albo akcydentalności. Wnioski pozostawiam czytelnikom.
Ponieważ przesłanki są niewystarczające, więc wnioskowanie należy uznać za przedwczesne.
report
Jakie przesłanki?
report
Bardzo filozoficzne rozważania... W moim odczuciu najważniejszy jest balans, o co wcale niełatwo, tak jak i o bycie sobą, a może poza naukowym podejściem, czasem wystarczy doświadczenie i tzw. chłopski rozum, by żyć w zgodzie ze sobą, pomimo tego, że nie do końca mamy wpływ na spełnianie naszych marzeń czy tzw. ducha naszych czasów...
report
Heja, dzięki za odpowiedź. Temat rzeka, ale chłopski rozum tj. zdrowy rozsądek jak najbardziej. Niektóre tzw. filo to skansen albo qui pro quo.
report