Zanim staniemy się dla siebie ostatnimi ludźmi, próbuję
wyglądać jak na okładce Vogue’a, dokarmiając zakwas
na chleb, niby zmyślone konta randkowe. Całodobowe
czekanie jest czymś przed słowa, przed miłość. Ale blisko
od psa do wycia. Po zachodzie beton podwórek pełen jest
tęskniących pijaków, przypominających porcelanowe figurki
Matki Boskiej, w nieczynnej windzie. Po usta, po twarze
w dłoniach, po dłonie na twarzach, po buteleczki wódki
na drogę. Lampiony dźwigów, nawet moje piegi zajmują się
byciem w trakcie i boję się, że tak już zostanie.
fajne czy słodkie, takie zatrzymanie w kadrze.
zgłoś
Właściwie tylko o stopklatkach piszę.
zgłoś
Winda zwana pociągiem.
zgłoś
Trafnie.
zgłoś
kreski przychodzą i odchodzą, jak słowa..
zgłoś
Oj tak, coraz trudniej mi o nie.
zgłoś