Zmiana sposobu prezentacji

13 march 2014

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

Nieodwaracalne

Jak?
Przecież wciąż patrzę w twoje oczy, zalane zwątpieniem, czy świat cię zaakceptuje, zrozumie przyjmie do siebie. Oczy pełne lęku przed jutrem, tym co niesie ze sobą i tym czym może zranić Obciążyć zmęczoną już psychikę. Które szukają zrozumienia, wsparcia i akceptacji już tylko w moim spojrzeniu.


Jak to?
Czuję wciąż odrętwienie ramienia, którym obejmuję cię przez pół nocy, bojąc się zmienić pozycję by nie zerwać ulotnego, z tak wielkim trudem złapanego sennego spokoju, którego potrzebujesz, w jaki uciekasz by w końcu czuć się bezpieczna w objęciach Morfeusza, w świecie, w którym rzeczy są kolorowe, tajemnicze i pełne piękna. W świecie, w którym jest wszystko to, czego brakuje ci w długich godzinach mijających na szarej codzienności. Gdzie czujesz się pewna, bo w końcu ty decydujesz co za chwilę się wydarzy a co skończy natychmiast.



Jak to jest?
Przecież dziś rano wstawiłem więcej wody w czajniku, by zrobić dwie kawy, jak co dzień możesz przywitać dzień z filiżanką między złożonymi po turecku nogami. Filiżanką do połowy zalaną wrzątkiem a resztą zimnego mleka, dwoma łyżkami cukru. Tą niebieską z małym uszczerbkiem, będącym być może problemem dla leworęcznych, ale tobie jedynie zabawnie wyglądającym na tle nosa, gdy powoli sączysz jej zawartość.



Jak to jest możliwe?

Gdzieś (...)

--- full text ---

7 february 2013

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

KTÓREGO PRAGNĘ

Widuję go często. Właściwie to regularnie. Lubię słuchac jego głosu i podoba mi się w nim wszystko. Jest taki władczy, dostojny. Przystoiny i taki... męski.
Tego dnia postanowiłam pójść na całość. Chciałam, żeby nie tylko mnie zauważył ale zrozumiał, że nie jest mi obojętny. Nie małam odwagi by zachować się śmiało. Więc gdy ruszył w moją stronę powoli wstałam. Podeszłam i bez słowa uklękłam.
Zatrzymał się, spojrzał. Miałam wrażenie, ze patrzy na mnie inaczej niż na inne. Czy wyczytał w moich oczach ten żar pożądania i obłęd gotowości na wszystko? Czy traktuje też tak inne? Nie wiem, wszystko działo się tak szybko. Klęczałam z opuszczoną głową. Uśmiechnął się. Gdy podszedł bliżej i wyciągnął go, podniosłam głowę. Nasze spojrzenia się spotkały· Oboje wiedzieliśmy, że słowa teraz są niepotrzebne, niewskazane i popsuły by wszystko.
Stanął o pół kroku przedemną. Powoli otworzyłam usta.
Delikatnie włożył mi go do środka. Przeszedł mnie dreszcz rozkoszy gdy poczułam jego dotyk. Jak wiele bym dała żeby zatrzymać tę chwilę·
poczułam jak natychmiast spęczniał w moich ustach.
Chwilo trwaj.
- Ciało Chrystusa – cicho, lecz stanowczo oznajmił.
- Amen – odpowiedziałam, bo tylko to przyszło mi wtedy na myśl.

11 january 2013

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

Roszczeniowo

Właściwie nie wiem gdzie to można wstawić. Wrzucam tu:


ROSZCZENIOWO

Napiszesz coś dla mnie?
       „Koń”

Może włożysz w to więcej energii?
       "Koń galopuje”

Oj, ja nie o tym. Pisz do mnie obrazami.
       „Czarny koń galopuje
       w letni poranek.”

Chciałam coś poetycznego.
       „Hebanowy koń galopuje
      w letni poranek
      Na tle tarczy
      sennego słońca”
 
Uch, zdecydowanie wolę Twoją mroczną stronę.
      „Hebanowy koń galopuje
      w letni poranek
      na tle tarczy
      sennego słońca.
      Miażdżąc ciała
      poległych żołdaków.”
 
Wiersz, napisz rymowany wiersz !
      "Hebanowy koń galopujący,
       w letni poranek sunący.
      Na tarczy tle
      sennego słońca mknie.
      Miażdżąc ciała drżące
      poległych żołdaków w gorączce”
 
Przestań! To takie nijakie. Dobry wiersz jest o kimś, o czymś.
     (...)

--- full text ---

6 january 2013

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

NAPIĘTNOWANI

SCENA 1
Aktorzy ubrani na biało wchodzą na scenę. W różnym tempie i stylu. Zatrzymując się plecami do widowni. Po wejściu ostatniego, zaczynają rytmicznie klepać się w udo. Najpierw powoli i cicho, natężają i częstotliwość i siłę uderzeń. Odwracają się kolejno i krzyczą:
- Sukces!
- Praca!
- Pieniądz!
- Dom!
- Rodzina!
- Szybko!
- Więcej!
- Lepiej!
- Teraz!
- Tu!
 Po ostatniej osobie, każda jednocześnie mówi swoją kwestię powodując hałas. Ruszają. Idą od końca sceny, zawracają i idą w drugą stronę. Ciągle powtarzają swoje słowa. Na scenę wchodzi na szaro ubrany człowiek z kartonowymi skrzydłami, ciągnąc za sobą kartonową postać. Rozgląda się i próbuje iść w rytm innych. Zauważa, że idzie wolniej, dlatego od czasu do czasu ktoś go trąca. Trącający wypowiadając swoje kwestie podnoszą głos. Na ich kwestie on odpowiada:
- zrozumienie,
- bezsilność,
- przygnębienie,
- smutek,
- rozpacz, 
Biali zaczynają przyspieszać, szary zwalniać. Biali idą coraz głośniej, tupią. Tupanie przechodzi w wspólny marsz. Szary idzie “pod prąd”. Trącany. Biali zatrzymują się naprzeciw niego. Mówią kolejno:
- Niezdara!
RAZEM - WEŹ SIĘ W GARŚĆ!
- Odmieniec!
RAZEM - WEŹ SIĘ W GARŚĆ!
- Dziwak!
RAZEM - WEŹ SIĘ W GARŚĆ!
- Debil!
RAZEM - (...)

--- full text ---

17 december 2012

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

ROZDZIAŁ VI "Nienormalny, bo normalny wśród nienormalnych."

                                               CZĘŚĆ 1
                                          ROZDZIAŁ VI
  
           Na obserwacyjnym na łóżku obok leżał wytatuowany gość. Nie wiedziałem z czym tu jest. Wciąż spał z kroplówką. Wstawał na posiłki i kładł się dalej. Nic nie mówił, był tak nieobecny i daleko gdzieś. Wyszedłem szybciej na ogólny, więc nie miałem okazji zobaczyć z czym tu jest. Dopiero po kilku dniach gdy trafił do tej samej sali udało mi się z nim porozmawiać. Mieliśmy ten sam problem. Żona, kłopoty, próba samobójcza. Jego historia  wyglądała tak, że za dużo wypił i mu odwaliło – nałykał się jakiś pigułek. Zawieźli na pogotowie. Trochę otrzeźwiał i uciekł. Goły w zielonym, jednorazowym fartuchu przemierzał Legnicę żeby wrócić do domu. Złapali go i … Lubiąż.
        Z Tomkiem się fajnie gadało, to był typ kryminalisty z zasadami. Ja nie widziałem w nim wariata, on chyba we mnie też. Choć sam nie wiem czy tak było, czy tak chciałem żeby było. Po tygodniu przywieźli następnego Tomka. Typ człowieka z nocnego lokalu. Napakowany, łysy, tylko brakowało mu Beemki i bejsbola. Naćpany trafił w pasy, strasznie wyzywał i się szarpał. Gdy go zobaczyliśmy to miałem stracha. Jak go puszczą na ogólny -na bank (...)

--- full text ---

12 december 2012

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

CZĘŚĆ TRZECIA

SYMETRIA - WERSJA AUTORSKA

         Mam jeszcze dwie godziny do ciach fazy na wieczór. Współwięzień leży i gapi się na szkiełko. Ja zaczynam się zastanawiać, czy poczytać, coś narysować, napisać list do Niej... znów przyszła jak zbity pies chęć tworzenia. Uśmiechnąłem się do siebie.
- Kolejny raz jestem w „nowym wcieleniu” - kończy się drugi miesiąc od dnia pozbawienia wolności. Czuję, że trochę nasiąknąłem tym klimatem. Szukam w głowie tamtych dni. Wspomnień o psychiatryku, o dziennym i moich ekscesach. Myślę jaki byłem wtedy, jaki jestem dziś. W głowie mam obraz tego co wtedy napisałem, co jeszcze zostało do napisania. Nakreśliłem kilka zdań. Zatrzymałem się …
Chwila, ja mimowolnie zaczynam wtrącać żargon więzienny podczas pisania. A tak w ogóle  to jestem tu, żyję tym światem i to jest jak inna planeta, inne zasady życia inne zasady funkcjonowania. Dzień nie zaczyna się o świcie, zaczyna się z porannym apelem a kończy ciachnięciem fazy (zgaszeniem światła) o 22.30, każdego dnia.
Ja tu nie potrafię pisać o kobietach w moim życiu, o pobycie w psychiatryku. Tutaj mogę jedynie pisać o nasiąkaniu tym miejscem i tymi zasadami. O ludziach z marginesu społeczeństwa, zepchniętych tu zupełnie przypadkowo, według kryteriów znanych tylko tym, którzy te kryteria tworzą.
        Tak, chyba zamknięty po raz kolejny w czerech ścianach, w celi (...)

--- full text ---

12 december 2012

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

"Mokra paczka papierosów"

Rozdział 0
SŁOWEM WPROWADZENIA
CZYLI TO CZEGO DOBRA KSIĄZKA NIE POTRZEBUJE

          Książka opowiada o moim burzliwym okresie życia, w którym świat stanął na głowie, wywrócił się i kotłował przez kilka lat. Wszystkie dotychczasowe przekonania, zasady i wartości, które wydawały się niezniszczalne i nie do podważenia – przestały istnieć. 
           Na zewnątrz wszystko wyglądało na właściwe i zgodne z duchem czasów. Młodość, szkoły, znajomości wszystko jak u zwyczajnie rozwijającego się nastolatka. Miłość, wielka miłość, która po kilku latach wspólnego wędrowania przez życie zaowocowała najpierw małżeństwem a w późniejszym czasie wydała owoce – po dwóch latach urodził się pierwszy syn po ośmiu drugi. Dziewięć lat związek trwał, dzieci rosły, świat szarzał, małżeństwo umierało. Najpierw przyszła utrata pracy, później stany depresyjne. W większości przypadków małżeństwo leczy i pomaga przezwyciężyć trudności. Tym razem coś co już umarło nie mogło pomóc. Pogłębiałem depresję mieszając leki z alkoholem. 
            Żona powiedziała dość – podjęła decyzję o rozstaniu się a ja o samobójstwie. Wielkanoc 2008 r żona z dziećmi postanowiła spędzić u rodziców, dając mi czas na spakowanie się i zniknięcie z jej życia. Chyba minęliśmy się z definicją słowa „zniknięcie”. Plan był prosty, (...)

--- full text ---

10 december 2012

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

JAK RODZĄ SIĘ DEMONY "Czyli uzależnienia wcielenia wszelakie"

CZĘŚĆ DRUGA
            Zapaliłem lampkę. Ona spała po sobotnim wieczorku przyjemności. Ja nie mam tak niskiego progu upojenia, więc spać nie mogę. Zostało za mało kasy by skoczyć do nocnego i dorżnąć się. Oglądać już nie mam ochoty kolejnego filmu, którego jutro nie będę pamiętał, lub będę pamiętał po swojemu. Może w coś zagrać. Nie. Granie też nie zaspokoi tej mieszanki niedopicia i chęci tworzenia. Od kilku miesięcy świat znów ograniczył się do kilku ścian. Tym razem to nie łazienka i wanna, a Jej mieszkanie, które jest moim światem. Wyjść w świetle dnia nie mogę, bo policja szuka mnie listem gończym, więc stworzyłem sobie mały azyl. Mam teraz komputer, koty, Ją i alk. Poza tym uczuciem błogiego trwania jak zbity pies wraca chęć tworzenia. Tak cholernie bolesna.  
              Kliknąłem dwa razy na ikonkę pliku DOC o nazwie „wariatkowo” i kliknąłem w kilka klawiszy. Kurwa, to już nie ja. Ja już nie umiem pisać o obłędzie. Albo sobie z nim poradziłem i nabrałem dystansu, albo jestem teraz w nim tak głęboko, że nie potrafię spojrzeć na tamten czas chłodnym analitycznym wzrokiem. Przewinąłem kursor do końca tekstu i zacząłem...

" EPILOG
             Co czyni człowieka potworem? Rodzi się zły i życie może stłumić to zło. Wychowanie, praca nad sobą, bliscy, to wszystko czyni nas dobrymi, prawymi i wielkimi. (...)

--- full text ---

10 december 2012

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

EPILOG z ECHEM "Obłędu koncentryczne kręgi na tafli życia"

W jak wielkim błędzie byłem wtedy. Mijają kolejne miesiące i lata, ja wciąż jestem „podły” i „zły” a ona emanuje świętością. Anioł, człowiek anioł. Po powrocie do rodzinnego miasta, wróciłem do życia. Mieszkałem u matki. Mówili, że powinienem wrócić do domu z łazienką i wanną, że w domu Anielicy moje miejsce. Mam prawo. A ja nie chciałem czuć się już więcej przegrany, poniżony i poniewierany. Tak, miałem prawo. Jednak nie miałem ochoty. Rodzina pomogła, mama pozwoliła mieszkać, szwagier załatwił pracę. Postanowiłem udowodnić, że picie to nie był problem. Postanowiłem nie pić. Anielica miała swoje powody by oczerniać. Przykrywała swoje słabości moimi wadami.
Po powrocie czekał mnie siedmiostronicowy „Pozew o separację”, zawierający tumult wyssanych z palca, krzywdzących wniosków, opartych na „może..” „zapewne...” „przypuszczam...”, ale ona miała adwokata, ja miałem tylko swoją obojętność. Podpisałem, zgodziłem się na wszystkie warunki. Chciałem zamknąć drzwi łazienki, ale tym razem zamknąć je od zewnątrz pozostawiając wannę, breję i Anielicę w środku.
Mieszkałem kilka miesięcy u mamy w czwórkę w kawalerce, mieszkałem w Ośrodku Interwencji kryzysowej, mieszkałem kątem u znajomych. Czułem, że staję na nogi, że walczę. Do września 2009r, wtedy upiłem się jak świnia i nie wytrzymałem. Złapałem się na myśli, który z noży będzie lepiej (...)

--- full text ---

10 december 2012

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

ROZDZIAŁ XII "Konfrontacja z Anielicą"

Stanęła w drzwiach sali. Za jej plecami stał tatuś, jej tatuś. Karłowaty z wąsem a'la Wałęsa i żenującą dżokejką. Ręce jak zwykle założył za plecami i stał z miną strażnika pod Pałacem Buckingham. Czuł się chyba jej ochroniażem, bo psychol może się na nią rzucić, czy jak? Zaatakować, pociąć, a może zarzaić szczykawką. Sam nie wiem jak mnie widzieli i jakie wyszukane teorie rodziły się w tej wspaniałej, inteligenckiej rodzince, z zasadami i wyszukanym moralnym kośccem. Stał i pilnował, spoglądał spod daszku dżokejki. Miałem ochcotę przez chwilę by zrobić jakiś gwałtowny ruch, by zrobić coś nieodpowiedniego. Może wparował by karzeł na salę. Ale nie było mi wtedy do robienia żartów. Przyjechała po podpis na zeznaniu podatkowym. Nie bardzo pamiętam jak wyglądała i o czym mówiliśmy. Jak gromem uderzyło jej stwierdzenie.
- Chcę porozmawiać z Panią Magister o sytuacji. Nie masz nic przeciwko? - uderzenie strachu. Jeśli zdemaskują mnie, oczernią. Anielica nigdy nie uwierzyła w stany depresyjne, w problemy psychiczne. Dla niej byłem alkoholikiem, cudzołożnikiem i nieodpowiedzialnym szczeniakiem. To były w jej oczach wszystkie moje problemy. Bałem się, że jak we dwie baby usiądą to będą jechać po mnie jak po szmacie. Pani Magister zaproponowała by spotkanie odbyło się w formie trójstronnego spotkania. Ja Anielica i Pani Magister. Ręce mi się spociły, na szyi stanęły włoski. (...)

--- full text ---

8 december 2012

prose

ZGODLIWY
ZGODLIWY

ROZDZIAŁ X "Spoglądam za drzwi łazienki – świat wciąż tam jest!"

Dostałem wolne wyjścia. Mogłem już sam poruszać się poza blokiem mojego oddziału. Wypuszczali mnie na spacery. Jeśli poprosiłem, to między lekami porannymi a obiadem miałem możliwość siedzieć na placu przed budynkiem dwie godziny. Po obiedzie i przed lekami wieczornymi też. Wyjście na teren szpitala i na miasto – tylko za zgodą Pani doktor prowadzącej. Gdy spytałem ostrzegła żebym nie wychodził za daleko.
- Ma pan wciąż niski poziom hemoglobiny, proszę się nie oddalać za bardzo. Zasłabnie pan gdzieś po drodze.
Razem z Tomkami postanowiliśmy przejść się po Lubiążu. Powoli i spacerkiem, na zakupy. Gdy ruszaliśmy, poczułem wolność, zadowolenie. Świat tam jest, mogę kiedy chcę wyjść na trawę. Teraz już mogę. Szliśmy wzdłuż drogi. Świat zdawał się pędzić trochę szybciej. Ludzie na ulicy poruszali się w przyspieszonym tempie. Hałas przejeżdżających aut, rozmowy mijanych osób... wszystko pędziło i zaczęło się tłoczyć. Poczułem panikę. Strach, ten świat jest dla mnie za bardzo nasiąknięty bodźcami, napchany wrażeniami, pełen sygnałów. Czuję się zagubiony, mały i nieprzystosowany. Powoli oddech się kurczył. Tomki zauważyły, że coś się dzieje.
- Co ty taki blady?
- Zwolnijmy chłopaki, zasapałem się. - odpowiedziałem, mogłem zwalić na hemoglobinę. I wtedy zadzwonił telefon. Szwagier, zaczął pytać o ubezpieczenie, czy jakieś druki. Chciałem coś tłumaczyć. (...)

--- full text ---

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register