wykręcone ręce
skuty w kajdanki
prowadzony schodami w dół
we własną ciemność
rozpieprzone pięścią lustro
nigdy wiecej cię nie ujrzy
jak wygładzasz na udach
nową sukienkę
mocniej, jeszcze mocniej
wypluwam ciebie z siebie
w alkomat
tak czule mi się oddajesz,
że aż wymaga to obdukcji
leżę na pryczy w izbie
kaftan ledwo okrywa zwiedniętą męskość
złamana łodyga
wielkiej miłości
mocne agresywne ,ale dobre ..takie wiersze dzis maja wzięcie ...taka miłość wymagajaca obdukcji taki chory kompleks edypa .ochydne zycie tak zyc bym nie chciala
zgłoś
Renato, życie jest ohydne w swej istocie. Powstajemy z paskudnej gluty spermy, którą Ojciec wtryskuje w obrzydliwą, wilgotną, ciemną jamę Matki. Potworny pasożyt egzystuje potem w worku mięśniowym zjadając krew, zęby i soki swego żywiciela, aż nagle cuchnący worek pęka wylewając wśród nieczystości na świat małego biologicznego robota, który zanieczyszcza go natychmiast swym wrzaskiem i wydalinami. A potem jest już tylko gorzej... [mam nadzieję, że nie zasiałem defetyzmu w Twoim czystym i jasnym umyśle?] Pozdro.
zgłoś