Zmiana sposobu prezentacji
U Zośki na imieninach proza w gwarze poznańskiej
http://fotozrzut.pl/zdjecia/6a5103572d.gif
U Zośki na imieninach – proza w gwarze poznańskiej
Kumpela Zojdy łopowiadała, jak to nie zaplanowanum miała w chacie balangę.
Było pitnastygu maja, a una miała imininy. Myślała, że cały wiaruchnie sie ze łbów wymskło.
A tu pod chałupą drynda za dryndum sztopała. Zwaliła sie kupa wiary, cało ferajna ze swoimi bachorami sie przywlekła. Sidym dni do tyłu godali że idum na majle, no to ji rychtyk pasowało, bo z bejmami było cinko.
Szwagry – kożdy z flachum, a une w łapach jakieś wiechcie miały, bo solenizantce powinszować trzeba. Tak z pustum łapą jak by to wyglundało.
Zojdzie ślepia wyszły, wybałuszyła gały, że by ji na wiszch wypały. Migiem opepłane grabule we fartuch łobtarła i powinszowania przyjyła. Ziótasowi to rych na łape było, bo łod rana mioł ochotę wychloć, ale Zojda łape trzymała i mu pyska nie dawała zalywać. Ziótas inaczy na nium nie godoł jak heksa.
Niczegu ni miała naszykowanygo, bo skindyk mogła wiedzieć że się przywlekum i to jeszcze z tymi szczunami, co to dupy na miejscu nie posadzum. Lotali jak takie eibry – szpliny jedne.
W gorku na blasze pyrliły sie śleperyby z myrdyrdum. Mioł to być futer na dwa dny. Na drugie miała już utarte pyry, żeby plindzów nasmażyć. Wymiotali z talyrzy, jakby nigdy nic nie żarli.
A te szczawiki, po dwa na roz ze stołu (...)
--- cały tekst ---
Jest wdzięczna Bogu, losowi i teściom
Przyjęli do swojego domu jak córkę - początkowo z nimi mieszkała,
ale mąż krótko po ślubie zmienił pracę i zamieszkał właściwie na budowie
własnego domu, skąd miał bliżej do pracy. Odwiedzał ją kiedy tylko była
możliwość.
Później stan błogosławiony i czas porodu. Teściowie zaprowadzili do szpitala, a potem już z nowo narodzonym dzieciątkiem odebrali ze szpitala / był o dwie przecznice dalej /.
Kochała tych ludzi, a w szczególności teścia, który był człowiekiem prawym
i szlachetnym. Jej ojciec nie dawał szans żeby go pokochać.
W tym domu poczuła ciepło rodzinne i dostała pomoc. Chodziła do
pracy, a popołudniami do szkoły dla pracujących, którą kończyła.
Nie musiała się martwić o dziecko, bo jej teściowa dbała o wnuczkę. Nikt
inny nie dałby dziecku lepszej opieki.
Teściowie mieszkali w mieście blisko dworca, tak więc przyjezdnych gości wstępujących przy okazji przyjazdu do Poznania nie brakowało - częstowali herbatą, a teściowa miała to do siebie, że nikt głodny z ich mieszkania nie wychodził.
Dziwne to i niesłychane, żeby zawsze ktoś na poczęstunku bywał.
W jej domu jedzenie było wydzielane i o każdą kromkę chleba trzeba było
się zapytać.
W domu teściów mieszkała ponad rok. Kiedy dziecko miało dziesięć miesięcy, a dom był gotowy do zamieszkania, wędrowała na (...)
--- cały tekst ---
Z każdej sytuacji jest wyjście
Jej starszy brat był krótko po zdanej maturze, do której przygotowywał się w łazience, siedząc na sedesie z taboretem przed sobą. W małym mieszkaniu nie było miejsca i jeszcze ten cholerny telewizor, który był ciągle włączony i nie pozwalał się skupić. Cóż - dla rencisty, to najważniejsze; jak ktoś się chce uczyć, to może nawet w kibelku.
Poszło mu dobrze, a nawet bardzo dobrze. Z odczytania wyników wrócił z nagrodą
i bukietem kwiatów - za zdany egzamin dojrzałości z wyróżnieniem.
Zakochany po uszy w swojej pierwszej miłości, którą miał zamiar przedstawić rodzinie. Nawet wypastował podłogę, żeby tylko matula mogła zająć się przygotowaniem przyjęcia dla przyszłej synowej.
Tego dnia, dla ojca najważniejsze były węgorze, które wisiały na sznurach, dwa dni wcześniej zarzuconych do jeziora.
Przeciwstawił się ojcu, co było zabronione. Kiedy pan i władca rozkazał - zrobione być musiało. Nad głową chłopaka zawisł ciężki pogrzebacz i zakrwawionego wyrzucił z domu za nieposłuszeństwo.
Nocował u sąsiada za ścianą. Musiał milczeć albo cicho szeptać, żeby ojciec nie rozpoznał głosu syna, wtedy oberwałoby się również sąsiadowi.
Trwało to około dwóch tygodni. Mama zanosiła ukradkiem jedzenie, a dobroduszny sąsiad wychodził przed dom, gdy chłopak jechał do pracy - musiał spojrzeć w okno, (...)
--- cały tekst ---
A było to tak
Wśród z trojga rodzeństwa, była jedyną dziewczynką - dzieciństwo miała
pod górkę, Do nakazów i zakazów była przyzwyczaiła, jak i chodzenia
wieczorami po torach zbierając węgiel. No cóż, czasy były trudne, nie przelewało się.
Nikt nie dopilnował, żeby zdobyła zawód, zaś małolacie pasował taki tryb życia.
Jednak zmuszona została do roboty w rozlewni atramentu.
Wracała z granatowymi rękoma, bo domyć było trudno. Co tam ręce, grunt, że zasilała budżet domowy. Każdy zarobiony grosz musiała oddawać i prosić na rajstopy - marzyła, żeby ładnie się ubrać, jak inne dziewczynki. Marzyła jej się chociażby jedna, nowa sukienka, ale musiała chodzić w znoszonych, które dostała po innych.
Wszyscy byli rozliczani ze wszystkiego, a w szczególności matka - nawet z pięćdziesięciu
groszy, bo tyle kosztował miejski szalet. Pomimo tego, że pracowała, to mąż
odbierał za nią pensję i młodszego syna również.
Dorosła już dziewczyna postanowiła pójść do szkoły średniej. Chciała w przyszłości
pracować w biurze. Rozpoczęła szkołę popołudniową dla pracujących.
Miała już skończonych kilka kursów, które pozwoliły jej usiąść za biurkiem.
Z pracy wracała przed piętnastą, a na szesnastą trzeba było być w szkole.
W (...)
--- cały tekst ---
Zaledwie sześć lat po wyzwoleniu, rozpoczął się świat drugiego
dziecka - wymarzonej córeczki, przedwojennej miłości.
Potrafiłam słodko marzyć o zupie landrynkowej i kartofelkach z barwnych dropsów, nie ugotowanych do dnia dzisiejszego.
Matczyne serce kochało, to się czuło szczególnie, gdy pozwalała skryć
się za spódnicą - broniąc i nadstawiając swój policzek do liścia zostawiającego pięciopalczaste ślady. Jednak wylewność uczuć nie kipiała, co przez małą dziewczynkę, odbierane było chłodem. Kochała czynami, a nie wylewnością.
Czasami bardzo chciałam się przytulić, gdy mama warkocz splatała do
szkoły i prasowała biały kołnierzyk od granatowego fartuszka, albo
przymierzała własnoręcznie uszytą sukienkę z kolorowego kretonu.
Czy miło siedzieć u taty na kolanach? nie pomnę takich momentów,
utkwiła za to szorstkość, która stemplowała fioletem nie tylko pośladki.
Nocne skrywania w sąsiednim podwórku, gdy nadmiar procentów rzucał
pogrzebaczem, a bambusowe wędki rozbijały żyrandol, zrywając na sztywno
krochmalone firanki.
Często myślałam o innym domu, gdzie pogłaskanie po głowie wpisane
jest w rodzicielską miłość i prawdziwe masło zamiast ceresu na pajdach
chleba.
Podusia cierpliwie suszyła dziewczęce łezki na (...)
--- cały tekst ---
