|
| |
|
WSZYSTKIE PRACE
Poezja (68) Proza (2) Dziennik (7) Fotografia (138) Grafika (1)
Pocztówka poetycka (27) O autorze Znajomi (34) | |
Zmiana sposobu prezentacji
Jest taki moment, gdy ciało zaczyna uwierać.
Gdzie urywa się łza a jesień co to się nią zachwycało, przestaje szeleścić liśćmi. Wszystko zaczyna się od stóp, którym ciągle zimno, coraz wyżej i wyżej aż po żołądek, w którym mieszka przejmujący ucisk.
To jest ten moment gdy odpadają ręce, tuż przy łopatkach (ujściu skrzydeł). Ręce miały obejmować wszechświat a pękają o wysprzątaną podłogę. Dookoła panuje spokój, który robi niezłe wrażenie, aż do chwili, gdy spadnie ostatni organ (pomijając włosy, one nie wypadają, je się wyrywa), mówią, że ten organ to serce, które czuje, choć myślę, że to "pompka ssąco-tłocząca"...
I to już chyba będzie wszystko.
Ach, zapomniałabym, zostanie coś dla ciebie. U2, jakieś ptaki
(podobno wzruszają na pogrzebach), nie muszą być białe. I cisza, którą się pamięta. O to proszę.
Nie zapomniej.
Małżeństwo zobowiązuje.
oczy tylko
pęcznieją deszczem
trzepoczą jak czarne motyle
i śnią się po ciemku
wstążki pocałunków
układam na nich i czekam
aż wykiełkują spojrzeniem
jednym jedynym
i jeszcze modlitwą
tęsknoty - książki, którym wydarto zakończenie...I tak sobie myślę, że powinnaś wiedzieć, chociaż w głowie majaczy się tylko ten rym...
Rozpłakane oczy,
wśród nitek deszczowych
pod rzęsą ukrywasz.
Już nie widać czy jesteś,
czy cię nie ma nie widać
i czy jesteś szczęśliwa.
Spoglądają w niebo,
co błyszczy w źrenicach
i rozpieszcza usta,
ale nic nie widzą
i już nic nie czują,
w ciszy cisza...pustka...
Jutro też do Ciebie przyjdę,pa.
Dziś hordy westchnień,
malujesz na udach innych kobiet. Więc moknę... a we włosach jak w złotych sztandarach deszcz utknął i nabrał znaczenia...
Wśród nagich oddziałów smukłych wierzb,
schylających swe ramiona w pośpiechu,
dzień nieśmiało odchodzi. Zarzucam więc zmierzch na barki
jak wypchany tobołek i patrzę w zamyśleniu na rozkrzyczane ptaki. I naglę słyszę :
kochaj cichutko, w milczeniu jest bezmiar i wąwozy porośnięte mostami...
bezszelestnie podeszła do okna
a rzemyki małych sandałów
łagodnie owijały jedwabne stopy
tuż nad głową mruczały
rozkołysane cedry
a wiatr pieścił sukienki
roztańczone na sznurach
była piękna
w hebanowych włosach
mieniły się pory roku
złote brzozy i szelest liści
czerwone pola malinowe
i ramiona kochanków
obsypane rubinami jesieni
świt rysował niedbale
przeznaczenie na jej twarzy
nim wzbiła się wysoko
i nagle rozbieliło się wszystko
jak kwiaty dojrzałej jabłoni
a potem
ta moja noc zamilkła
ubrana w jasne koszule poranka
