Zmiana sposobu prezentacji
- Witam, witam. Mnie też miło widzieć. Napijesz się czegoś? Kawy? Co ty mówisz? W takim razie herbata, dobrze, sam wypiję. Ciekaw jestem, co cię do mnie sprowadza. Bezinteresownie, jasne, ale powód zawsze się znajdzie. Czasem nieuświadomiony nawet.
Co? Skąd wiesz? Ach tak, ciągle zapominam. Co mam ci opowiedzieć… Szczerze i nie bezpośrednio? Jak obcej? Dobrze, to zaczynam.. Przyszła do kancelarii. Sama. Pierwszy raz zobaczyłem ją niedawno. Bardzo niedawno. Przed trzynastoma minutami. Tak, czyli wtedy, kiedy weszła. Przed czternastoma. Czas mijał, a ja coraz bardziej chciałem ją zmienić. Jak to jak – normalnie. Od stóp do głów, od ucha do obcasa, od smętnego uśmiechu, który ostrożnie zawieszała na twarzy, do nazwiska. Co tak patrzysz? Szczerze chciałaś.
Powiem ci, ciekawe spojrzenie miała. Nie przed siebie patrzyła, ale w głąb. Tak… w głąb duszy. Wpatrywała się. Prześwietlała jak rentgenowskie słońce. Rozświetlała. Nie, rozmawiała normalnie. Coś ty, dobrze się rozmawiało. No tak, uśmiech, ale bardzo nieśmiały. A wiesz, pięknie się uśmiechała, pięknie. Dalej? Co mogło być dalej. Okazało się, że ślub przyszła dograć. No ślub, ślub. (...)
--- cały tekst ---
- Nie ma już nadziei - mówi - proszę się przygotować na najgorsze. Wystąpiła zbyt duża utrata krwi.
Dziękuję lekarzowi i trzymając się za brzuch, wychodzę z gabinetu. NA NAJGORSZE. A co to, cholera jasna, znaczy? Co to jest najgorsze? Że Ameryka straci prezydenta? A może że ja stracę żonę? Co jest gorsze? Wybitnie wkurwiające określenie.
Zastanawiam się nad tym całą drogę do jej sali. Rak. Cholernie idiotyczny, w liczbie złośliwie pojedynczej, bo przecież we dwoje jest raźniej. I w złośliwie nieodpowiedniej porze. Kurwa, miesiąc po ślubie. Ożeniłem się z najpiękniejszą i najwspanialszą kobietą, z jaką miałem do czynienia. I teraz ona ma raka, złośliwie za późno wykrytego. Teraz, kurwa, przynajmniej wiem skąd "złośliwy". Domu nie wybudowałem, drzewa nie posadziłem i syna też, kurwa, nie zdążyłem spłodzić. Psa mieliśmy brać. Koniecznie ze schroniska chciała. Śmierdziało tam jak na wysypisku śmieci, ale ona nic, pociągnęła mnie za rękę i powiedziała, że to zapach rozkładającej się miłości. I od pierwszego mieliśmy mieć psa.
Dochodzę do drzwi. Stoję naprzeciwko. Jestem tak blisko niech, że kiedy wypuszczam powietrze, (...)
--- cały tekst ---
Uśmiechnięta kobieta o długich jasnych lokach. Szczupła trzydziestoparoletnia piękność o zielonych, błyszczących, dużych oczach. Tańcząca boso pośród wilgotnej trawy usłanej stokrotkami i mleczami. Kobieta głośno śmiejąca się, przesiąknięta od stóp do głów kawą.
Tak właśnie wspominam mamę.
Dziś mam szesnaście lat i same wspomnienia. Z mamą zawsze żyłam dobrze. Rozumiała mnie bez słów. Dzięki niej nie wstydzę się okazywać i wyrażać uczuć. Mówiłyśmy sobie, że się kochamy, często. Na ogół słyszałam to od niej nie wtedy, kiedy dostawała ode mnie prezent czy życzenia z racji jakiegoś święta, ale w bardzo nietypowych sytuacjach. Kłóciłam się z nią, wrzeszczałam, kiedy byłam naprawdę zła. A ona po chwili przerywała moje wywody, podchodząc do mnie z otwartymi ramionami, łzami w oczach i wypisanymi na ustach słowami kocham cię. Nigdy tak naprawdę nie dałam upustu mojej złości. Nie zdążyłam powiedzieć czegoś przykrego właśnie dzięki mamie. Ona zawsze wiedziała, kiedy należy coś zakończyć. Prawie zawsze.
Mój tato zostawił nas kilka lat temu. Nawet nie raczył się z mamą rozwieść, po prostu: znalazł sobie inną. Ściślej mówiąc, parę lat starszą ode mnie, (...)
--- cały tekst ---
Lato nas nie rozpieszcza. Burza, później długo, długo pochmurno. W końcu rozwidnia się, widać już ten czarujący uśmiech nieboskłonu, słychać wariacki szczebiot okolicznego ptactwa - i serce rośnie. Nadchodzący wieczór wydaje się wyśnionym na zrobienie grilla. Ludzie tłumnie gromadzą się na podwórkach. Kobiety, wychodząc z samochodów, przytrzaskują falbanę zwiewnych sukienek, a mężczyźni do sandałów nie zakładają skarpet.
Cudowna chwila.
I kiedy wspólnie zasiadają za stołem, uginającym się od pachnącego jedzenia, widzą krótkotrwały, acz oślepiający złośliwy błysk w oku sklepienia. Później akcja toczy się szybko. Pojedyncze pioruny, szalona ulewa i chóralne grzmoty psują atmosferę i rozganiają towarzystwo. Kobiety złoszczą się i biegną pod najbliższe zadaszenie. Mężczyźni zaś bezwstydnie uśmiechają się, podziwiając kobiecą intuicję, która przyczyniła się do założenia przez nie lekkich sukienek, idealnie dostosowujących się do warunków atmosferycznych.
Świnie.
Późny wieczór. Właściwie noc. Zegar już nie pamięta, kiedy wybił dwudziestą drugą.
Jest cicho. Idę na spacer chodnikiem, tym koło parku. Nie wiesz nawet,
jak bardzo te drzewa przerażają o tej porze. Dlatego nawet nie
zamierzam wchodzić przez bramę.
Cisza. Mam wrażenie, że rozbija
się i jest w każdym atomie tlenu. Przenika wszystko. Wibruje w uszach,
mierzwi włosy, pachnie nocą.
Cisza. Przerywa ją gwizdanie
utrudzonego wypiciem za dużej ilości piw pana. Prowadzi rower. Idzie
powoli, wesoło gwiżdżąc. Już się tak nie boję, nie jest cicho. Czuję
się lepiej, pewniej.
Cisza. Pan z rowerem przestał gwizdać, jakby
szukając gdzieś w sercu kolejnego fałszywego tonu. Bardzo długo nie
gwiżdże. Nie wiem, może nawet zdążył już zapomnieć, jak bardzo umilał
sobie i mi tę gwiaździstą sierpniową noc. Chłodny wieczór. Nagle
rozlega się przeraźliwy jazgot. O cholera! Ale bym się wywaliła. To
tylko kot. Przebiega mi drogę najpierw jeden, za chwilę kolejny. Nugat
zaczął szczekać. Poleciał za nimi do parku. Przebrzydły pies. Zabrałam
go jak zwykle bez smyczy. Ufam mu. Wiem, że zaraz wróci. Ja nie mam
zamiaru zbliżać się do bramy. Siadam na ławce i łudząc się, że to coś
da, wołam:
- Nugat! Nugat… piesku. Chodź, wracaj!
Głupi pies. Za kilka minut (...)
--- cały tekst ---
