Zmiana sposobu prezentacji
Mój Anioł Stróż istnieje, nie żadne "gdyby istniał". Istnieje i ma ze mną dużo roboty. Ale czy to moja wina, że kiepsko radzę sobie z przechodzeniem przez ulicę?
No właśnie.
Żelazko? Cóż, to dosyć delikatna sprawa - nie ufam mu. I rower. Dwa razy omal nie straciłam na nim życia, złamałam rękę i byłam świadkiem prawie-tragedii. Brr.
W takich sytuacjach nie raz ratował mnie Anioł Stróż. Jak wygląda? Myślę, że jest brzydki, ale brzydki w ten tajemniczy sposób, że patrząc na niego, nie można go natychmiast nie polubić. Co czyni go takim brzydkim? Postura, bo z pewnością ma arcyszerokie ramiona, żeby mnie objąć. Mieszczę się w nich ze wszystkimi moimi problemami, które w jego objęciach tracą znaczenie.
Ważną cechą mojego Stróża są długie nogi i duże stopy, żeby zawsze mógł mnie dogonić - skrzydła to przecież nie wszystko. Ten mój Anioł pewnie co chwila się wścieka, bo choć został wyposażony w cudowny sprzęt do latania, to i tak musi za mną biegać. Mój Skrzydlaty ma w sobie coś z ludzi (a może to ludzie mają w sobie coś z aniołów?), bo zupełnie jak oni jest najpiękniejszy, kiedy się uśmiecha. Z tym że nie boi się uśmiechać od ucha do obcasa. (...)
--- cały tekst ---
o najlepszej nauczycielce, jaką miałam szczęście spotkać
U schyłku kolejnego 14 października w moim życiu chcę wspomnieć o mojej najlepszej nauczycielce.
Nie uczyła polskiego - co może niektórych zdziwi - ani religii, ani matematyki, ani nawet biologii.
Nie, nic z tych rzeczy.
Pani Ela uczyła mnie grać na fortepianie.
Pamiętam, że w przedszkolu odbywało się jakieś badanie, do którego konieczne było zdjęcie bluzki. Wydaje mi się, że chcieli zobaczyć, czy nie jesteśmy za bardzo pokrzywieni. Większego problemu nie było, dopóki nie nadeszła kolej małej zingeli. W moim ówczesnym pojmowaniu świata takie badanie musiało uwłaczać jakimś zupełnie oczywistym i podstawowym prawom, bo zbuntowałam się.
Tak, ta grzeczna zingela, zawsze stawiana za wzór (zwłaszcza podczas leżakowania - widać, od dziecka wiedziałam, co dobre), nieśmiała, posłuszna, cichuteńka - taka właśnie dziewczynka pokazała pazurki pod koniec swojej bytności w tej instytucji. Nie pomogły prośby ani groźby - zadzwoniono po mamę. Jako że z pracy do przedszkola miała dwie minuty - może dwie i dwadzieścia dziewięć sekund, jeśli doliczać przejście po schodach - przybiegła i próbowała zaradzić problemowi.
- Dam się zbadać, jak mnie zapiszesz na wszystkie zajęcia.
- Jakie wszystkie?
- Angielski, tańce i szkoła muzyczna.
W obliczu zniecierpliwionych pań przedszkolanek głupio się było nie zgodzić i tak oto dziecko, któremu (...)
--- cały tekst ---
