laura bran
WSZYSTKIE PRACE Poezja (61) Proza (6) Pocztówka poetycka (5)
O autorze Znajomi (25)

Zmiana sposobu prezentacji

21 lipca 2020

proza

laura bran
laura bran

Takie czasy

Zaczęło się jak zwykle, od kataklizmu. Wichura, gwałtowna fala powodzi albo rozjuszone tłumy przeciągające ulicami przewracały latarnie. Nie bardzo już pamiętam, pamiętam tylko, że patrzyliśmy z zadartymi w górę głowami na kołyszące się, pochylające i co raz to upadające latarnie. Mniejsze, z przedwojennymi lampionami rozbijały się o ogrodzenia, a te większe, nowoczesne, na wysokich słupach, czasami nawet siedmio-lampowe burzyły ściany budynków. Wszystko to wyglądało na prawdę groźnie i budziło trwogę, jak na Wojnie Światów. Czuję się jak lis w potrzasku, więc idę przed siebie. Zamieniam parę słów z gapiem obserwującym na uboczu całą tę sytuację. Rozmowa jakoś mnie uspokaja. Jest już zmrok, przemykam bocznymi uliczkami. Uwielbiam Warszawę, jest jak tajemniczy kot wylegujący się w promieniach słońca na zielonej trawie lub dla odmiany czarny, szwendający się nocnymi zaułkami podwórek. Dostałam telefon, że ciotka zaprasza na imieniny. Nie wiem czemu okazało się, że ciotka mieszka teraz zupełnie gdzie indziej. Bloki postawione były w jednej linii i ich podwórka tworzyły wielki spacerowy ciąg zieleni. Jaki dobry pomysł. Zwykle, jak wiemy, podwórka mają układ zamkniętych prostokątów i skutecznie dzielą przestrzeń. U ciotki panowało zamieszanie. Lepiliśmy pierogi z kapustą i grzybami, soczyste, pyszne. Wyszłam na spacer z psem. Zaciągnął mnie nad Wisłę. W tym miejscu Wisła była wielkości (...)

--- cały tekst ---

23 maja 2020

proza

laura bran
laura bran

Trójka, 1999 notowanie LP3

A więc byłam tam, 22 maja, godzina 19:07, przed radiową Trójką na Myśliwieckiej. Mała uliczka wtopiona w zielone tereny Łazienek Królewskich, oazy wytchnienia dla Warszawiaków, dziś najeżona policją. Jak zliczyłam, dziesięć suk i kilka radiowozów. Byli wszędzie, wypasione młode byczki. Poza policją obecnych było paru dziennikarzy, sporo fotografów i po drugiej stronie ulicy tacy szarzy słuchacze jak ja, w zaiste skromnej ilości. Wielki protest, wielka sprawa i garstka osób.

Ludzie stali spokojnie, to miał być cichy protest milczący. Słuchaliśmy Trójki, Biedroń zamknięty w zwartym kręgu mikrofonów. Nic nie było widać ani słychać. Spokój. Policja w gotowości, jakby tylko czekała na znak. Nagle idą, zwartym rzędem, otaczają gromadkę dziennikarzy przed wejściem. Zaraz ich ścisną korowodem i oskarżą o zgromadzenie, jak to było na proteście przedsiębiorców. Otoczyli, spisują. Radiowóz z głośnikiem o mocy ogłuszającej, jak ktoś rzucił, do rozpraszania zgromadzeń, nadaje co chwila ten sam komunikat: „ Mamy stan epidemii. Osoby łamiące przepisy porządkowe narażają się na odpowiedzialność karną. Grupowanie osób jest zabronione. Policja wzywa osoby zebrane w tym miejscu do rozejścia się i udania do miejsc zamieszkania.” Ja się nie gromadzę, po prostu tu jestem. Wszyscy trzymamy bezpieczną odległość, w sumie miejsca jest dosyć, a osób nie za wiele. W powietrzu unosi się bezczynna (...)

--- cały tekst ---

16 lipca 2012

proza

laura bran
laura bran

dźwig

stalowe słońce w sypialni. kubatura pokoju zalana chłodem, a na jej dnie ja. dryfuję. po pustych ścianach przeraźliwie krąży zgrzyt. wpadł przez uchylone okno i nie może wylecieć. na zewnątrz majestatycznie prężą się długie szyje dźwigów; poruszają skrzypiąc niemiłosiernie w kolankach. wojna światów. rozsuwam zasłony. są. trzy. rozmnożyły się w nocy. szczerbate długie ryje zaglądające mi w balkonowe drzwi zdają się zrzędzić: "ktoś musi pracować, aby spać mógł ktoś". też coś. nowy piękny dzień bezrobotnego zaczyna się od włączenia komputera i sprawdzenia, ile ofert pracy umknęło bezpowrotnie podczas jego snu. umknęło. bo liczą się tylko pierwsi. setna odpowiedź musi liczyć na cud, by była przeczytana. a wiadomo. cuda tylko w kosmosie, choć i to nic pewnego. poranne smsy "dzien dobry. kocham cie." to też już bajka. mieszanina złomu, z którego teraz mam coś rzeźbić. nie wiem co i po co. może następnego komórkowego transformersa, którego dalej puszczę w świat. niech sobie pobiega. dzień dobry. helikopter w głowie śmiga skrzydłami w kółko. sieka na kawałki. mój nowy piękny dzień. kawa z mlekiem, shake z wczorajszego małpiego mózgu. pełnoziarnisty chleb ze zbóż, kołyszących się niegdyś jak oceany w blasku księżyca, nie przynosi ukojenia. liryka chleba dziwnie niknie wraz ze wzrostem świadomości podczas aktu spożycia. i tak wszystko zginie w mrokach tej utopijnej walki (...)

--- cały tekst ---

18 kwietnia 2012

proza

laura bran
laura bran

Magia „Tary”, czyli spotkanie z Magdą Tarasiuk i jej pierwszą książką

Dzień, pomimo swojej nijakości, zapowiadał się ciekawie. Wiedziałam, że Magda ma jakiś plan. Tajny plan. Nawiasem mówiąc, nie lubię niespodzianek, ale znając Magdę wiedziałam, że niezależnie, co wymyśli, musi się dobrze skończyć. Musi, bo taki ma scenariusz - nie do odrzucenia. Ale… po drodze do szczęśliwego finału może być różnie. I tak właśnie się zaczęło. Weszłam nieco spóźniona. To znaczy nie na spotkanie, ale później niż wcześniej ustaliłyśmy. Magda jeszcze nie wie, że ja zawsze się spóźniam. Zawsze i wszędzie. – „Maguś, przepraszam, wszystko dobrze?” – pytam zaniepokojona. – „Nie, nic nie jest dobrze.” – Magda wyraźnie roztrzęsiona ledwo opanowuje emocje.  Ktoś wyłamał się ze scenariusza. Kinga, z którą wszystko omawiałyśmy, nasza siostra od wszelkich dziwnych opowieści, rozchorowała się i nic z ustaleń nie zostało przygotowane. Ot, samo życie. Przytulam ją najczulej, czując, że niewiele mogę już zrobić. – „Zobacz, przyszło tak dużo gości, jesteś ty i nic innego się nie liczy.” Ogarniam wzrokiem salę. Nie jest tak źle, stoliki może nie w odpowiednim szyku, ale całkiem jak należy, z kolorowymi serwetami szczerzą się wesoło kompletem filiżanek w towarzystwie dymiących dzbanków. Na talerzykach czekają kruche ciasteczka. Tłok, ludzie znani i nieznani zagospodarowali sobie miejsca i odnoszę wrażenie, że czują się tu jak w domu. Znajoma magia Mikroklimatu. (...)

--- cały tekst ---

11 marca 2012

proza

laura bran
laura bran

Relacja, której nigdy nie zdam, czyli laik wśród melomanów

Energicznie zasiadł, zdecydowanym ruchem rąk i zamaszystym machnięciem czupryny strzepując z siebie resztki trosk, zostawiając w tle matki wszystkich problemów, żony, córki i kochanki tychże. Lew przy fortepianie. Wirtuoz, muzyczny kochanek od pierwszego usłyszenia. Z broszury programu koncertu dowiaduję się, że w tym arcyksiążęcym utworze Beethoven poprowadził dialog, a nawet spór fortepianu z orkiestrą. Nic bardziej mylnego. Smyczki kołysząc się wtórowały, wiolonczele i kontrabasy z szacunkiem podążały za mistrzem. Fortepianowe gamy i pasaże ożywił sam Paleczny. Piotr, jak większość mężczyzn mojego życia (z tych, którzy akurat nie mieli na imię Marek). Zachwycił, nie bisował. Publiczność nie chciała go wypuścić z rąk klaszcząc i klaszcząc. Przecież należą mu się owacje na stojąco. Stoi przed nami, kłania się; dyrygent na baczność, orkiestra; tylko widowni przyrosły siedzenia. Czy to wynik wagi portfeli?

Mieszkam niedaleko Beli Bartoka. Taka pokrętna uliczka nie prowadząca donikąd. I kto by pomyślał, że zawitała na Ursynów z Węgier poprzez Atlantyk i Stany Zjednoczone. Że trzeba otoczyć świat, by przywieźć znów polkę (nie Polkę) do Polski. Orkiestra straciła pianistę, zyskała zaś pułk instrumentów dętych. Węgierski temperament przybrany, jak pisze Małgorzata Gąsiorowska (córka poety?) w „śmiech staccatowych pasaży fletów (…) oraz ziewające glissanda tuby i puzonów”. (...)

--- cały tekst ---

14 września 2011

proza

laura bran
laura bran

Akwarium

Śniadanie w oszklonym patio. Późno, zajęte tylko niektóre stoliki. Za oknem morze. Gładkie lustro odbija miliony refleksów - srebrnych rybek pluszczących na świetlistej powierzchni. Pasy kolejnych granic między wodą a niebem, kaskadowo rozlewają się po horyzont. Wypływają gdzieś spod popielatego cienia nierównego pasma górskiego. Flauta. Przy brzegu kiwają się tycie główki amatorów leniwej kąpieli. Czerwone żagle skitów, jak przyszpilone stoją w miejscu. Ten stężały, galaretowaty obraz zakłóca jedynie uparcie wiosłujący na desce chłopak. Wygląda jak gondolier albo flisak (ciekawe skąd wziął wiosło). Spieszy się gdzieś, zapewne.

Dzieli nas szklane powietrze. Oczy przesiąkają światłem. Na siatkówce zdarzeń, przy trzecim stoliku, dziewczyna z długimi blond włosami, okrywającymi miękką linię ramion - siedzi zamyślona nad kawą. Jej postać opływają drobniutkie błyski i lśnienia. Słońce ją zdradza. Speszona, cofa pod krzesło nogi zaplecione razem.

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się