Zmiana sposobu prezentacji

Jesteś samotny? Odwiedź na czas samotniejszego od siebie

Stary, schorowany i bardzo samotny. Wiesz, czego bał się najbardziej? Nie samej śmierci, ale tego, że nie będzie mu dane godnie odejść. 
Mieszkał wśród swoich, w starej kamienicy, w której spędził całe marne życie. Tu rodziły się, wychowywały i poszły w świat jego dzieci i stąd odeszła do innego jego żona. Pił i żył wspomnieniami. Przez regularne picie właśnie przestałam go odwiedzać, a może to był tylko pretekst? Taki wykręt? Nie wiem, ale wiem, że uciekałam od widoku rozkładu i powolnej degeneracji. Zawiodłam. Nie podołałam, chociaż byłam jedyną osobą, na którą zawsze czekał... Jego brat, mieszkający w sąsiedniej klatce, nie chciał nawet zapasowych kluczy. Tłumaczył, że chce uniknąć dobijania się po nocy, kiedy zbradziażony, znów zgubi swoje, a będzie chciał nad ranem dostać się do domu. Chociaż po amputacji stopy, bradziażenie zdarzało się rzadko. Schody były wyzwaniem, dlatego częściej upijał się w domu. Tego upalnego lata słupek rtęci wciąż przekraczał trzydzieści stopni. 
 
Przy niewydolności krążenia, problemach wieńcowych, chorobie płuc i nadciśnieniu tętniczym czuł się, jak ryba pozbawiona wody. Wypił tego dnia niewiele, ale słabł z upału. Wracając do domu spadł ze schodów i stracił przytomność. Brat ocucił go, pomógł dotrzeć do mieszkania i tak po prostu zostawił. Sąsiedzi zauważyli inwazję tłustych, czarnych much. W korytarzu unosił się (...)

--- cały tekst ---

O kwiatach

Praca w dziennym ośrodku pomocy była naprawdę absorbująca. Kiedyś miałam kilku podopiecznych, ale teraz już tylko jedną, osamotnioną duszę. Co wcale nie dawało jakiegoś odczuwalnego wytchnienia, wręcz przeciwnie. Los skrzyżował mnie bowiem z sędziwą wdową po generale. Pomimo osiemdziesięciu sześciu lat, Pani Babcia (tak ją nazywałam) była niesłychanie żywiołową kobietą. Osobowością, która wymagała szerszego wachlarza zabiegów. Czytanie literatury, wspólna deklamacja wierszy Poświatowskiej, koncerty filharmonii, na które nie szczędziła ani pieniążków z emerytury, ani moich słoniowych uszu. Znała doskonale kulturalną rozkładówkę naszego miasta, więc pchałam inwalidzki wózek od odczytu, do wystawy, od festynu do kameralnych występów amatorskiej trupy teatralnej. Uśmiechnięta Pani Babcia miała później niespożyte pokłady energii. Jej szare oczy iskrzyły, buzia nabiera pąsów, a drżące ręce potrafiły gestykulować szybciej, niż biegły moje myśli. Czasem nie nadążałam za jej sposobem wyrażania podziwu, za ekspresją emanującą z każdego gestu, ruchu dłoni, mimiki twarzy. Zawsze pogodna i otwarta na nowe wyzwania. W zasadzie nie dopadał jej smutek, nie okazywała przygnębienia, nie roniła łez nad swoim starczym i niedołężnym losem. Nie rozczulała się nad tym, że poza mną nikogo już nie miała. 
 
Nieboszczyk - generał, o którym nie wspomina zbyt często, różnił się od niej w (...)

--- cały tekst ---

Jeden Dwa Trzy Cztery

Siedzi nad filiżanką zimnej, jagodowej herbaty. Przygląda się Murzynkowi z opakowania. Znów nuci Vivaldi'ego. Takie zawieszenia zdarzają mu się coraz częściej. W popielniczce zgliszcza ostatniego maila. Kto dziś jeszcze pisze listy? Dlatego wydrukował i spalił, w akcie dezaprobaty dla tego smutnego faktu, ale i z powodu treści. A zaczęło się, jak w baśni: kolorowa dziewczyna i ciekawy jej atrybutów chłopak. Panna-odludek i samotny jeździec. Spotkali się przypadkiem. Poznawali powoli, smakowali, jak lody Calypso, obsypane kakaowymi wiórkami. Nie było zbyt słodko, może dlatego każde kolejne liźnięcie trącało prawdziwą ambrozją? 
 
LATO. Rozsmakowywał ją delikatnie, bez pośpiechu. Lubił intonować sekwencje, a nawet całe treści. Rozcierał o podniebienie, wyobrażając sobie czym smakuje od środka. Co mógłby wyprawiać językiem, poszukując jej punktu Gie. W fantazjach staje się mężczyzną, zdolnym przenieść syzyfową górę bliżej Arki Przymierza, która na wieki utknęła w górskim masywie. Syzyf jest odkrywcą, a on kolejnym Noe. W czasie potopu, wywołanego nie gniewem bogów, ale jej rozkoszą, zabiera ją do łodzi. Palcami otwiera niejeden wewnętrzny ocean i swoją męskością defloruje nieopisane głębie. Przy udziale wszystkich członków dopieszcza buzujące wulkany, żeby erupcja sięgnęła stóp. Jest jego nie do końca zdobytym szczytem, bezludną wyspą, o której zawsze marzył. Akwenem (...)

--- cały tekst ---

Tajemne więzy

Znowu jest, przytulony do ulicznego klonu patrzy w moje okna. W popielatej kurtce z kożuchowym kołnierzem. Widzę jego twarz: zastygłą w zamyśleniu, jakąś nieobecną. Przystojny, ale to bez znaczenia. Nie pozwolę, żeby przez miłą aparycję dopadł mnie sztokholmski syndrom. Jego obecność sprawia, że czuję się zagrożona. Muszę natychmiast zareagować. Zrobić coś, żeby to się skończyło. Dziś znowu na wycieraczce znalazłam białą różę, w ubiegłym tygodniu serce wyciętę z bibuły, a jeszcze wcześniej balonik w kształcie znaku zapytania, przywiązany do klamki.
 
Gwałtowym ruchem pchnęłam szklane drzwi i z krzykiem wybiegłam na balkon.
- Wynoś się, zboku! - zawrzeszczałam.
Nie musiałam intonować nic więcej. Zerwał się, po chwili przestrzeń przeszył przerażający pisk hamulców. W tym samym momencie powietrze wypełniła jakaś dziwna materia. Rodzaj srebrzystej mgły, która pachniała świeżo skoszoną trawą, a przecież był mroźny grudzień. Zdezorientowana, zaczęłam przecierać oczy. Niczego nie widziałam i nie słyszałam, jednak już po chwili przed moimi oczami z mgły zaczęła się wyłaniać niezwykła projekcja.
 
 
- Wnuk od dziecka cierpiał na autyzm. Nie mówił i z nikim nigdy nie nawiązał bliższego kontaktu. Zaczął malować przed trzema laty. Najpierw plakatówkami, bo tylko takie miał. Po rozmowie z terapeutą dostosowaliśmy jego pokój do potrzeb (...)

--- cały tekst ---

Uwierzysz nie uwierzysz - przeczytać nie zaszkodzi

*Oparte na faktach. Na potrzeby tekstu zmieniono imiona bohaterów i zastosowano parabolę dla miejsca i czasu.
 
 
 
I
 
Deszczowa, wietrzna sobota. Siedzimy w saloniku, strasznie znudzone. Poza alkoholem i oglądaniem obcojęzycznego bloku telewizjyjnego, tego wieczoru nie kreślą się żadne ciekawsze perspektywy. Przy dzisiejszej aurze nawet nie chce się skoczyć w miasto. Anna zaczyna nawiązywać do historii miejsca i koszmarnych wydarzeń sprzed dziesiątek lat. Znowu opowiada o mrocznej przeszłości. Doskonale znamy przekazy, ale siłą rzeczy, albo tylko przez grzeczność, udajemy, że słuchamy, ponieważ koleżanka próbuje je powiązać ze swoim podłym samopoczuciem. Twierdzi, że odkąd tu przyjechała, wyczuwa złą aurę i nieopisany dyskomfort. Jakby coś unosiło się w powietrzu, coś ponurego i nieprzyjaznego, coś co odbiera jej witalne siły. Niewidzialny, energetyczny wampir. I nieważne, jaka jest pogoda, nawet w słoneczne dni czuje fizyczne i psychiczne wyczerpanie. Źle sypia, a kiedy udaje jej się drzemka, śni koszmary. Pyta, czy któraś z nas odczuwa podobnie. Patrzymy po sobie, z jednej strony nieco skonfundowane, z drugiej, chyba niejedna z nas jest teraz zaskoczona. Ja jestem, bo moje samopoczucie wygląda podobnie. Ale nie chce mi się o tym rozmawiać. Od dłuższego czasu niewiele mi się chce. Patrząc po dziewczynach, mogę zaryzykować stwierdzenie, że czują podobnie i doskonale wiedzą, o (...)

--- cały tekst ---

Przez dotyk

- Znamy się, Ziuta od przedszkola i zawsze było z tobą coś nie tego. Pamiętasz Jacusia? Każda z nas marzyła, żeby własnie ją chciał podglądać. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat ciebie sobie upatrzył, przecież zawsze darłaś japę na cały kibelek, psując zabawę i niwecząc nadzieje innych dziewczyn. Wolałaś wiecznie usmarkanego, grubego Maćka, pośmiewisko starszaków, a nawet oddawałaś mu swój podwieczorek - Gośka skrzywiła się z dezaprobatą, zaciągnęła głęboko i lekceważąco wypuściła w moim kierunku szarą smużkę.
- Kurde, nie dym mi tu, idź na balkon i nie ziutuj, dobrze?  Wiesz, że tego nie lubię - byłam pewna, że i tak mnie oleje.
- Ziuta, ale to piękny Igor nadał ci tę ksywę, a Igorka przecież lubiłaś - zachichotała. 
- Odpuść sobie - poprosiłam naiwnie.
- Igorek, najapetyczniejsze ciacho w osiedlu, uważał cię za księżniczkę i tak traktował, ale czy Diana płaciłaby rachunki Karola?  Ile się musiałam nagadać, żebyś przejrzała na oczy. Hazard nie jest zwykłym hobby, chłopak był uzależniony.
- Tak, jak ty od trucia siebie i mnie i to nie tylko fajkami - odcięłam się.
- Masz wreszcie odpowiedzialnego faceta, fajną pracę, wypasione mieszkanko i chcesz to wszystko przekreślić, bo Rafał poświęca ci zbyt mało czasu? Dziewczyno! Na jakim świecie żyjesz? Porządni goście są dziś gorącym towarem deficytowym. Jesteś, Paulina cholernie niesprawiedliwa. (...)

--- cały tekst ---

Był cioteczny

Aneta, absolwentka polonistyki unikała wulgaryzmów, jak wujek Heniek ciotki Bronki, odkąd w sąsiedztwie, na wynajmie zamieszkała pani Jasia, bezrobotna rozwódka. Filolog nie tylko literacko operowała językiem, ale i operatywnym Dawidem, którego lubiła mieć nie tylko w ręku. Nie był Rysami. Nie był szczytem jej marzeń, co najwyżej Nosalem. Dosłownie. Miał ogromną klupę, która się jednak wyjątkowo sprawdzała, nie tylko w interesach.
- Patryk, on mnie przenosi z Bieszczadów w Tatry - lubiła peszyć nieco zahukanego, ciotecznego brata.
- Nicia, co ty mnie tu? Nigdy w górach nie byłem - chłopak próbował wybrnąć z zakłopotania.
- Jesteś prawiczkiem?
- Nie twoja, farbowana. Wycieczek szkolnych nie lubiłem.
 
Odkładali ten wyjazd na zabitą dechami wieś, ale po ostatnich esemesach od kuzyna Aneta zrozumiała, że jest mu naprawdę potrzebna. Rodzina Sołtysów absolutnie nie radziła sobie z geometrią. Groziła jej realna klęska u podstawy trójkąta, a Patryk czuł się wpisany w kwadraturę obłędnego koła. Dawid, matematyk i psycholog, z pewnością coś zaradzi. Drugiego fakultetu wprawdzie nie ukończył, ale przy braku innych perspektyw nawet mgliste podstawy rozświetlały nieco horyzont.
 
 
 
II 
 
 
Przebudzenia bywają koszmarniejsze od snów. Zwłaszcza w środku parnej nocy, po wcześniejszym spaleniu pleców na słońcu i trawy, która miała (...)

--- cały tekst ---

Mail za ocean, którego nie miałam odwagi wysłać

Serwik, Miśka!
 
Zrobiłam to.
Jednak nie myśl sobie, że wyszłam za mąż z chęci zmienienia stanu, czy nazwiska. No, dobra, może troszeczkę. Wybrałam się w tę podróż przede wszystkim w nadziei, że odnajdę swoje prawdziwe imię. Wiesz, przy tym magicznym, sakramentalnym - TAK - poczułam w ustach słodycz przygody, ale jakieś pięć minut po nocy poślubnej nabrałam obaw, że wyprawa będzie miała posmak absyntu. Wyobrażasz sobie, że Rosłe Ciało doświadczało satysfakcji już w trakcie aperitifu? Nie konsumując w pełni dania głównego, nawet nie marzysz o ewentualnym deserze. Tak więc, wyszłam, jak Zabłocki na detergentach i wiedziałam, że niedługo niechybnie wrócę. Po magmie przedwczesnych erupcji żar szybko gasł, poświata ukazywała diabelsko rozanieloną twarz Rosłego Ciała, a ja zaczynałam poważnie rozważać ewakuację, bądź jakieś inne, radykalne wyjście awaryjne. Wiesz, niby tonęłam w gorącej lawie, jednak wulkaniczny pył tak szybko opadał, pozostawiając mnie zaledwie nadwątloną. Upadku miasta nie było i nie będzie, Miśka, bo ogień nie dociera nawet do rogatek mojej dzielnicy. Ale słuchaj dalej.
 
Afganistan. Strategiczny temat w arsenale wspomnień mojego wojaka. Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie o takich akcjach marzyłam pięć minut po pięciu minutach, ale byłam w końcu żoną weterana, więc uzbrajałam się w pancerną cierpliwość. Wysłuchiwałam (...)

--- cały tekst ---

Brukowane ciepełko

W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej, Sąd w składzie (...) postanawia, co następuje: Anicie Mroczyńskiej ograniczyć prawa rodzicielskie nad małoletnimi (...), a Ernesta
Mroczyńskiego praw tych pozbawić. Decyzją Sądu małoletni (...), obecnie przebywający w placówce opiekuńczej w (...) zostaną umieszczeni w rodzinie zastępczej.
 
 
Jestem zdruzgotana. Po rozmowie z tymi dzieciakami dopadają mnie bolesne dylematy. Z jednej strony wiem, że innego rozwiązania nie było, ale nie ulega wątpliwości, że rozpadła się rodzina. Dzieci bezwarunkowo kochają rodziców, nawet jeśli są tyranami. Nie ma złotego środka, jednak wiem jedno: bezczynność już niejeden raz doprowadziła do tragedii. Starsi milczeli, ale najmłodszy opowiedział wszystko psychologowi. Nie zapomnę tych zdjęć i opisów z obdukcji. W głowie mi się nie mieści, jak wymyślnym torturom psychicznym i fizycznym można poddawać własne dzieci.
 


- Bezduszna suka, kompletnie bez wyobraźni. Jej zaangażowanie było podyktowanie zwykłą chęcią popisania się przed przełożonymi. Poprawieniem statystyk i wizerunku. Chciała się wykazać, bo na horyzoncie kreślił się awans. Podobno miała szansę zostać kierownikiem ośrodka. System się nie sprawdza właśnie przez nadgorliwych ludzi. Zamiast rodzinie pomóc, pokazać, co i jak, zabiera się im dzieci i po sprawie. Media też swoje robią, dolewając oliwy do ognia (...)

--- cały tekst ---

Chcesz poznać prawdę o sobie? Posprzeczaj się z kimś bliskim

- Dlaczego pan to zrobił, doktorze?
- W imię prawdy. W imię godności istoty ludzkiej. Przez pamięć o dziadku, obozowym lekarzu, który dokonywał więźniarkom aborcji. Wie pani, kiedy ciąża była zaawansowana, a płód dawał oznaki życia, dziadek własnymi rękoma odbierał ostatnie tchnienie. Po wyzwoleniu stanął przed trybunałem koleżeńskim, a ówczesna Rada Lekarska, dziś zwana Izbą, skazała go na banicję. I proszę mnie nie tytułować. Straciłem prawo do wykonywania zawodu.
- Nie wierzę, że tylko dlatego. Nie wierzę, że przekreślił pan swój wieloletni dorobek i dalszą przyszłość przez sentymenty, w imię wybujałych idei i dla jakiejś starej wariatki.
- Z perspektywy czasu też ciężko mi w to uwierzyć, ale jednak. I wie pani co? Czuję się wolny i spełniony, jak nigdy przedtem. Powiadają, że trzeba być po trosze szalonym, żeby zostać psychiatrą. Trzeba czuć podobnie do nich, żeby odnaleźć sens i cel, jaki przyświeca powołaniu. To akrobacja na linie, bez zabezpieczeń i bez transparentnej parasolki. Coś w tym jest, skoro tutaj siedzimy i rozmawiamy.
- Nadal przebywa w pana placówce?
- Tak. Będzie w niej rezydentką do końca swoich dni. Zadbałem o to. Siostrzeniec został beneficjentem mojej pracy i właścicielem kliniki, ale pod warunkami. Jednym z nich jest Ewelina.
 

II
 
Jak donoszą dobrze poinformowane źródła, Fabian Stolar, lider frakcji (...)

--- cały tekst ---

Cześć, futrzaki! Mam na imię Hubert

I
 
Zostałem adoptowany przez parę zagorzałych komunistów. Przemiany po roku osiemdziesiątym dziewiątym nie zweryfikowały ich poglądów, chociaż doskonale się dostosowali do nowych realiów. Nie przygarnęli mnie dla pozy. Podejrzenia o względy ideologiczne będą poważnym nadużyciem. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że działali z odruchu serca. Tak, drodzy państwo, nawet "ten gatunek" wykazuje uczucia wyższe i posiada niepohamowaną potrzebę bezinteresownego obdarowywania sobą i tym, co najszlachetniejsze. Pominę opis szczęśliwego, beztroskiego dzieciństwa pod troskliwymi skrzydłami moich przybranych rodziców. Pomimo aktywności partyjno - zawodowej, a potem biznesowej, zawsze znajdowali dla mnie czas. W pełni zaspokajali wszelkie potrzeby, nie zapominając o tych najcenniejszych. O tym, że nie jestem ich biologicznym potomkiem poinformowali mnie w dziesiąte urodziny. Nie doznałem szoku, nie popadłem w depresję, nie nabawiłem się natręctw, nie zacząłem się moczyć, jąkać i nie zadawałem dodatkowych pytań. Nasze relacje nie uległy zmianie. Może poza jedną: zacząłem ich jeszcze bardziej kochać i szanować, jeśli słowo "bardziej" jest uprawnione. Tragiczna wiadomość o zatonięciu jachtu zastała mnie w weneckim hotelu. Spędzałem upojne chwile ze swoją narzeczoną, świętując obronę dyplomu. Jak zniosłem stratę? W ogóle jej nie zamierzałem znosić. Dla mnie żyją do dziś. Moi (...)

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się