Po kolana w koleinach – następna
długa zima skuwa
światłocienie
– te, w których śpią koszmary,
snem jak najbardziej przerywanym.
A u nas zastoje, ciepłe, swojskie
marazmy. Takie życie bez nazwań
rzeczy po imieniu.
Lecz to bez znaczenia,
skoro wszystkie drogi porośnięte
kopczykami mogił.
I chociaż skrzętnie zacieramy ślady
kości natrętnie przebijają ziemię na wylot,
najprostszą przypowieścią o nieistnieniu.
ani się obejrzeli, a już nie owocowało drzewo poznania dobra i zła; śród spróchniałych przyszło nam świętych gaje; obgryzanie paznokci..
zgłoś
gorzkie, udane wierszydło. pozdrawiam, Marcinie :)
zgłoś