I nagle urywam w połowie,
kaskadę zdań bezbarwnych,
i nagle robi się jaśniej,
wszystko wiruje dookoła...
Swietliki tańczą nad głową
rysując złote zarysy
idealnych kształtów
zamkniętych w boskiej źrenicy
I oto nagle się zdarza
moich snów przepowiednia.
Oto ogniste niebo
Tak wyraźne jak nigdy,
wypluwa bez końca
proroctwa szczescia
i pewniki uniesień.
Nieśmiało sięgam i
zrywam owoce
stuletnich modlitw
w komnacie wyrzeczeń.
Świetliki milcząco
wciąż wirują nad głową,
niepojęte tylko czemu
w górę patrzą z trwogą...
Wtem jeden ze złotych,
co zbytnio się uniósł,
kończy swój żywot
w objęciach mocy
Spadają resztki owada
co bluźnierstwem zgrzeszył...
Wspomnienia tych lotów
jak święte relikwie
na gorsze jutro zachowam
w pierścieniu z plastiku
co iskrzy błękitem
Szarzeje jasność
I wszystko przemija
Gorąco było tej zimy....
Nie wiem, czy autor widział kiedyś świetliki, latajace ciemną czerwcową nocą w nadrzecznych chaszczach. Jakby widział, to powstrzymał by się od patosu.
zgłoś
Autor widział świetliki i z różnych względów kojarzą mu się z czymś szczególnym i magicznym, więc nie widzę powodu, dla którego miałbym powstrzymać się od patosu, jak to Pani ujęła. Generalnie w ogóle nie rozumiem dlaczego miałbym powstrzymywać się od czegokolwiek w pisaniu poezji, jeśli akurat emocje dyktują takie właśnie wersy, chyba o tę wolność w tym wszystkim chodzi?
zgłoś