Bez barw, w smudze cienia, z wyblakłą źrenicą,
chciałby los móc przechrzcić, księżyc, gwiazdy chwytać.
Nie być w czerń wplątanym diabelskich demonów,
nawet, kiedy ptaki modrą łąkę dziobią.
I słońca, gdy wstaje i złoci się zmierzchem
nie pytać - czy gładząc oczy, czesze serce.
Wiedzieć, kiedy luba uśmiech mu posyła,
i czy wówczas pióra rosną oraz skrzydła.
Czy z dni haftowanych w wielobarwne znaki,
potrafi wyłowić wyjątkowość znaczeń.
Poczuć puls czerwieni, zieleni soczystość,
w lawendy fiolecie wielkim morzu płynąć.
Za tę jedną chwilę wyjścia spoza cienia
oddałby dziś życie, by barwy odmieniać
przez wszystkie przypadki razem z ukochaną,
z przewagą purpury, bez żółci, z oranżem.
Niektórzy mają tylko pragnienie zmiany, a brak im odwagi, by jej dokonać..
zgłoś
Owszem, tak bywa, jak piszesz, choć akurat ten wiersz był pisany z pozycji osoby niewidzącej, /widziałam film o niej/ i próbowałam się wczuć w ten stan zza ciemnej zasłony, gdy peel pragnie móc zobaczyć kolor, a zwłaszcza ukochaną, którą zna tylko z dotyku, a mimo tego wie o niej wiele, bowiem ma inne wyczulone zmysły. Dzięki za obecność, Iwonko.
zgłoś