28 czerwca 2026

proza

Marek Jastrząb
Marek Jastrząb

Osobiste spojrzenie na Fiodora Dostojewskiego

Żyje krótko, bo zaledwie sześćdziesiąt parę lat. W roku 1821 pojawia się na świecie, by umrzeć w roku 1881. kiedy rodzi się August Strindberg i powstaje „Dawid Copperfield” Dickensa, a w Paryżu kończy swój ziemski bieg Juliusz Słowacki. W 1849 roku powstaje nigdy nieukończona powieść Dostojewskiego „Nietoczka Niezwanow”, utwór, od którego rozpoczyna się moja fascynacja tym pisarzem.

Przyznam, że temat zawiłego dzieciństwa i sierocej młodości głównej bohaterki pochłaniał mnie dużo mniej, niż naszkicowana z biglem postać jej ojczyma, człowieka wziętego z przypowieści o zmarnowanym talencie.

Dopiero wiele lat później dojrzałem do zrozumienia „Biesów”, ale chyba nie dojrzałem do całkowitego wczucia się w jej sens, bo ilekroć wracam do lektury tej książki, tylekroć znajduję w niej świeżo wypatrzone, ukryte warstwy, których wcześniej nie dostrzegłem.

Zresztą nie tylko „Biesy”, bo historia powtarza się przy czytaniu „Braci Karamazow”, „Notatek z podziemia” lub „Zbrodni i kary”. Toteż zastanawiam się, ile razy można dojrzewać” dlaczego, gdy odkrywam je na nowo, czuję się jak wiecznie naiwny książę Myszkin z powieści „Idiota”.

A propos „Idioty”. Dzieło Dostojewskiego powstaje w tym samym czasie (1869), co „Wojna i pokój” Tołstoja, „Człowiek śmiechu” Wiktora Hugo i „Szkoła uczuć” Gustawa Flauberta.

Fakty te są o tyle ważne, że omawiając twórczość określonego autora, warto przedstawić ją na tle innych wydarzeń, umiejscowić w konkretnej epoce, powiązać je z innymi kontekstami w całość. Należałoby przybliżyć zachodzące procesy w muzyce, malarstwie, rzeźbie i wszystkich pozostałych dziedzinach artystycznego wyrazu, gdyż tylko poprzez holistyczne patrzenie, będziemy w stanie ocenić własny dorobek i punkt, w którym się znajdujemy.
*
Mistrz Fiodor bez przerwy zaskakuje; nie zezwala na myślenie stereotypowe, jednoznaczne, ugruntowane w potocznej psychice, na poruszanie się po wytyczonych trasach szablonowej psychologii. Konsekwentnie podważa je, zachęca do zmiany dotychczasowych przekonań, zmusza do ich weryfikacji, a zatem obala mity o niezmiennie wyrazistych osobowościach.

Charaktery jego bohaterów są uzależnione od kaprysów okoliczności; ich dobre cechy, przemieszane ze złymi, zgodnie i wytrwale wirują po kartach powieści i są obecne w jego notatkach.

Tam, w „Dzienniku pisarza”, obok publicystycznych artykułów na aktualne tematy, umieszcza fragmenty opowiadań („Bobok”, „Stuletnia,” „Sen śmiesznego człowieka”), a w 1876 roku całe: „Łagodną” (tu powiedzieć wypada, że w tym samym roku powstaje opowiadanie Henryka Sienkiewicza „Hania”).
*
W recenzjach „Zbrodni i kary” eksponowany jest podstawowy wątek z Rodionem Raskolnikowem i zamordowaną przez niego Aloną Iwanowną, lichwiarką. Skupia się na nim większość krytyków.

Kiedy myślę o tej powieści, wydaje mi się, że zawężanie arcydzieła do kryminalnego wątku, jest banalizacją jej przesłania; nie uchodzi pomijać tematu ojca Soni, jednej z kluczowych postaci utworu, niestałego w postanowieniach urzędniczyny Marmieładowa, a zwłaszcza jego alkoholowych perypetii. Tym więcej, że powieść miała nosić tytuł „Pijaniutcy”. Nie sposób zignorować jego żony, Katarzyny Iwanownej, tak wstrząsająco przedstawionej przez pisarza, kobiety o zawyżonych ambicjach, kobiety doprowadzonej do galopujących suchot, obłędu i śmierci.

Nie można zlekceważyć roli Piotra Łużyna, czy podłego Swidrygajłowa mającego napady szlachetności i wyrzuty sumienia popychające go do samobójstwa. No a opis Porfirego Pietrowicza prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa lichwiarki. to psychologiczna wirtuozeria!

Pyzaty tłuścioch o poczciwej duszy, raz przymilny i prawie sympatyczny jegomość, a raz chłodny analizator ludzkich temperamentów, przeważnie sprawiał wrażenie nieszkodliwego jajcarza. Było to jednak wrażenie mylące: był z niego drapieżnik, a wszystkie jego maski i zmieniające się usposobienia służyły mu do prowadzenia śledczej gry, do nękania przypuszczalnych zbrodniarzy, w tym wypadku do zastawiania sideł na Raskolnikowa.

Raskolnikow jest dla Porfirego przeciwnikiem niełatwym, ale że lubi skomplikowane wyzwania, zwłaszcza zaś psychologiczne harce, co rusz wpędza Rodiona w stan emocjonalnego napięcia, w ciągłe trzymanie języka, nerwów i mimiki na wodzy. Żyje w ciągłej obawie przed zdemaskowaniem, w naprężonym pogotowiu i nawet, gdy nie jest przez Porfirego atakowany, ma przeczucie, iż musi się przed nim bronić.

Nie ma chwili wytchnienia, oddechu od pajęczej sieci tego mistrza zabawy w kotka i myszkę. To usypia swoją ofiarę, to zakłada jej powróz na szyję za pomocą niezbitych poszlak, wątłych szczególików i luźnych sugestyjek.

Osaczony Raskolnikow, miota się i wywija, nic mu to jednak nie pomoże; Porfiry to buldog z trismusem. W kółko poddaje go badaniu, analizuje, rozdrażnia, podpuszcza; to zwalnia uścisk, to za moment stawia Raskolnikowa w sytuacji, gdy jedynym rozsądnym wyjściem jest przyznanie się do winy.
*
Rozgadałem się o „Zbrodni i karze”, a rzec by należało o innych dziełach. Choćby o „Graczu”, powieści napisanej w ciągu miesiąca i o tyle ciekawej, że na wskroś przenikniętej autobiograficznymi elementami; obserwacjami wziętymi z rzeczywistości.

Dostojewski był hazardzistą. Przez większość swojego życia tonął w karcianych długach i to one mobilizowały go do pisania. Kto wie, czy gdyby nie ten zgubny nałóg, moglibyśmy delektować się jego utworami. Możliwe też, że jeśli ominąłby go wyrok śmierci odwołany w ostatniej chwili i zamieniony na czteroletnią katorgę, czytalibyśmy dzisiaj jego „Wspomnienia z domu umarłych”.

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się