wróciła. w dłoniach trzymała kamień.
włożyłem go sobie do środka - od działania
do nie-działania - uważny w dwójnasób.
gdy ziemia stała się niebem nie było
żadnej przerwy. radość przychodzi gdy seks
znika. wibrujemy, pulsujemy radością
totalną, tymczasem Bóg logika ( choć
to tylko mentalna hipoteza) niczym nożyce
wszystko tnie, dzieli. i ona
odeszła. rzuciłem w nią kwiatem. to taki
kompromis. nie mogłem rzucić kamieniem.
Igor cholernie dobry wiersz:):):)
zgłoś
dzięki;)
zgłoś
Ale kwiat nie był z doniczką? To tak w razie czego. A poważniej, bardzo mi się podoba. Pozdrawiam :)
zgłoś
a wiesz? o tę doniczkę zapytano, a właściwie, zasugerowano mi przed chwilą na innym portalu. coś jest na rzeczy;P
zgłoś
aha... z mocą... pal sześć "czym" rzuciłeś - dużo ważniejsze jest "dlaczego".
zgłoś
pi, kto jest bez wini pierwszy rzuca kamieniem, wiec ona go przyniosla wiedzac ze odejdzie...nie jestem bez winy. kwiatkiem rzucilem zeby sie asymilowac ze swiatem. z jednej strony zlosc, z drugiej pogodzenie...
zgłoś
Widocznie dla niej ziemia nie stała się niebem.
zgłoś
no tak pani Wando, bo w tym cały jest ambaras...
zgłoś