odloty które zamykały mnie w klatkę
coraz częściej po śmierci kochanka
wtargnęły w sen sferę sacrum
teraz gdy bezwiednie zaparzam siódmą kawę
nadal widzę czarny różaniec na gałęzi
ten sam co sprofanował śnienie
nie boję się dopóki twarz w chustach
nie wypełni szyb a może i luster.
tłukę wszystkie tafle i tonę w szklanym pyle
naczyniom też nie odpuszczę
oblewam się wrzącą kawą, będą blizny, nie szkodzi
przecież zmarli nie potrzebują ciała
warstw skóry które i tak zbrzydną
szybciej niż się spodziewasz spodziewam spodziewamy
nie wierzyłam że ciało można wielbić bardziej
niż to drugie dopełnienie całości
Jeżeli pozwolisz... ;) Wpada na siebie - obsypuję się/oblewam się. A tu - warstw skóry co i tak zbrzydną - dałabym jednak "które i tak zbrzydną, ponieważ masz powyżej "ten sam co". Może bym też pomyślała nad tytułem, czy sama powierzchowność nie wystarczy. Chyba że chcesz, żeby było tak właśnie trochę drapieżnie. ;) Jak dalece odchodzimy z tym kimś, kto umarł...? Czasem daleko... Czasem zbyt wiele zabiera ze sobą. Niestety.
report
Posłuchałam się i naniosłam parę poprawek, ale tytuł jednak pozostawię w jego pierwotnej wersji.
report