Zmiana sposobu prezentacji
Słowa mam zamknięte w rozwartych ustach
Normalna rodzinna pogawędka
Coś jest skończone ale i nie jest
Czy mamy potrzebę czy nie
Więc możemy i nie możemy
Decyzję i tak podejmę wspólną
W słowach schowanych za obrzękiem krtani
toć ekrany nas prowadzą
wiadukty nakrywają sto
czterdzieści namiastek
Europy
toczą się towarową irytacją
kierowców słowackie litewskie
rumuńskie znów czujemy się
lepiej bez torów gdy zawiadowca
stacji się uśmiecha
pomidorem mu i zbankrutowanym
przetargiem i chińską niedokończoną
drogą z powrotem do dorosłych dzieci
i sielskości domu
gdy spacerowałem po polu
(dopiero później domyśliłem się że Elizejskim)
wszystko pływało w świetle
które było wiekuistym
drzewa zawieszone na trawach
zielonych przez rozszczepienie światła
a światło grało ciszę
ktoś wyłączył czas
pies jak to pies
przelazł na drugą stronę
zlizywał z rozciętej brody
(nie czułem bólu) krew
i ziajał życiodajnym oddechem
duchy mówiły coś o kręgosłupie
budząc mnie ze sztucznego snu
teraz patrzę na psa śpiącego w fotelu
siwy pysk zamienia się w twarz
z trudem otwiera oczy
z napisaną w nich prośbą
odejdę a ty zostań
nie zamykaj jeszcze świata
zaparowała druga strona szyby
dowolna pora roku lub dnia
na granicy temperatur
przechodzisz obok ognisk
rozświetlonych ciepłą żarówką
szczęk talerzy gra telewizor
wszystko znajome i dalekie
trochę łez bez wyraźnego powodu
nieodwracalność raz przekroczonej granicy
lub dziwny sen w platońskiej jaskini
mroźny oddech niewidzialnego
na żywej membranie skóry
Jestem tym, który mówi że kulka wpadnie do przegródki numer pięć.
Słyszysz mój głos po tym jak wpadła na swoje miejsce.
Oczekujesz mego głosu bez przesunięcia i grasz dalej .
Mówię ci „za późno” ,kiedy jest już za późno.
Spotkałeś mnie kiedyś idąc z baru do baru.
Miałem śmiejące się oczy i pytałem cię jak dojść do plebanii.
Objaśniłeś mi drogę i myślałeś ,czy nie wracać do domu.
Przez chwilę.
Sprawnie jak kosmetyczka wyciskam wągry wyrzutów sumienia, po kryjomu rozsiewam zakażenie na całe ciało.
Czasami cię klepię po ramieniu i częstuję dopaminą.
Omamię też namiastkę twej wiedzy i utwierdzę w przekonaniu własnej drogi.
He, zapomniałeś gdzie plebania.
Przenośnia, baranie.
Tak prawdę to znasz mnie jeszcze z książek i kina.
Jestem tatusiem dziecka pani Rosemary.
mroczny kaptur nocy
wiwisekcja dnia
za lustrem postaci bez skóry
żart Boscha kanciasty śmiech
koszmar nie znak
retrospekcja cudzego życia
jak mogła dojrzeć?
opowiada ze łzami w oczach
przestraszone dziecko w oparach snu
delikatne jak miśnieńska porcelana
odwraca poparzoną majakami twarz
nie płacz
wypolerujemy lustro
i tamten świat zniknie
tato patrz
dotykam lustra
gładkie jak sierść konia
słońcem się nie zatchnę
papierkiem ze snickersa
depczę ekologów
w szarości brudnej kałuży
nie zachłysnę się jak Bunin
ogromem niespodzianych zwidów
kroplą z nosa na bure buty
coś powiedziałaś nieważne jak
podnoszę się
z fragmentów sklejam słońce
Kosiarki beczą za boczną linią
Kick and run
Przez góry i doliny
Nad osiedlem kretów
Tutejsza Żyleta rzuca mięsem
Na brzegu Junior macha chorągiewką
Jest!!!
Podwójne piwo od prezesa
Piersi pani Lusi
Mięśnie tworzą podskórne kluski
Nagroda miłości
na modlitwę
odpowiadasz
w wodzie stale święconej pławią się łabędzie
mały Łukasz rzuca aureolę z chleba
ewangelista z mamą w niemodnym kapeluszu
tak kobieta powiada moja babcia też często powtarzała:
Bóg Honor Ojczyzna
prowadzisz
drogą
księżyc i słońce na jednym
niebie królują
kreska powracającego bociana
upominasz
komarzyca chciwie pije krew
zawieszona ręka czeka
dotyka swędzenia
jesteś
znika zwątpienie
Bronek obudził się półprzytomny. Człap, człap, łazienka – siusiu, buźka, ząbki.
Golenie .Prysznic. Jajecznica na bekonie. Herbata. Biuro. Durna facjata Jacka.
„Duran, Duran”. Olewające spojrzenie Marioli.
Obiad .Gazeta. Mecz.
Złe wyniki w nauce Macieja.
Prysznic. Płyn do płukania ust. Anka znowu ma okres.
Przytulone dupki.
Znowu zapomniał , że żyje
