Zmiana sposobu prezentacji
Wieczór, na oddziale robi się zacisznie jak w małym miasteczku po szesnastej. Najwytrwalsi odwiedzający niemal chyłkiem wymykają się z sal, jakby nosili w sobie poczucie winy że muszą zostawić chorego na pastwę szpitala. Owszem, odwiedziny są miłe, ale do pewnych granic, czasowych. W pewnym momencie stają się niezręcznie natrętni nadopiekuńczością, wręcz drażnią chorego, lub siedzą z głupią miną o wyrazie "o czym by tu jeszcze?", oczywiście są wyjątki. Ale OK, wracam na salę. Mój współleżący pan Gienio już spał smacznie snem niewinnego wieprza, tylko owa niewinność posiadała młot pneumatyczny, to chrapanie. Gdybym miał ze sobą szklankę a nie kubek, to od wibracji pękałaby co noc. No to nocka z głowy, następny szlag do kolekcji trafionych, jeden tylko wyspany będzie, i to nie będę ja. Zaczynam kombinować, świetlica jest wolna, tam jest kanapa na której się z powodzeniam zmieszczę. Biorę więc poduchę, koc i ewakuacja na z góry upatrzone. W świetlicy ciemno i cicho, umościłem się jak najwygodniej, śpię. Ktoś człapie, kątem snu słyszę że włazi niepewnie. W półmroku widzę, że jak komandos zbliża się do dzbanka elektrycznego, ja pierdolę, herbatki po nocach zachciało się babie parzyć. Ja oczywiście jak kamień, bezruch totalny. Wyszła. Weszła, ale nie ona tylko pielęgniarka, światło "klik" na full, ja w świetlnym szoku.
-A pan to czemu nie śpi na sali? Jadna pani (...)
--- full text ---
...fragment...
Otwieram oczy...stalowe kurtyny, prawie biały sufit tłem powietrznych bitew plujek. Obok ktoś mlaszcze z ukontentowaniem. Nade mną twarz zmęczona rutyną i biały czepek z czarnym paskiem jak zapowiedź żałoby:
-Pan się wypnie, będziemy kłuć.
Potem odjażdża dzwoniącym buteleczkami straganem, jak obwoźny sprzedawca piskiem kółek zapowiadający swoje przybycie.
Spoglądam na sąsiada, nie przestaje mlaskać, utłuszczony uśmiech pojawia się na jego twarzy, cholera, będzie gadał. Że też mie podkusiło.
-Nnno, teraz mogę z głodnym gadać-zahuczał klepiąc się zadowolony po brzuszysku. A ja... ścisła głodówa, że też kurwa jego mać niejedzących z jedzącymi muszą kłaść, teraz się pewnie w diagnostę zmieni, czas wywiadu.
-Pan na co leży? -(a chuj cie to obchodzi dziadu myślę)
-A, takie tam problemy- odpowiadam wymijająco
-Pewnie coś z żołądkiem? -nie odpuszacza
-Coś w tym stylu -znów unik
I zbawienie, mój dręczyciel ma gości. Wyciągam książkę by się oderwać od otoczenia. Porażka, goście sąsiada, jakieś pięć osób w każdym wieku, zaczęli najpierw rozmieszczać się z hałasem wokół leżącego, wypakowywać tony prowiantu zabierając lub dojadając resztki poprzedniego.
Po wymianie paru zdań z odwiedzanym słyszę nieco głośniejsze zapytanie:
-A pan to na co leży? -to do mnie, szlag mnie kurwa jasny (...)
--- full text ---
czas - dość elastyczny wymiar który nie każdemu i nie wszędzie
równo upływa, wszystkożerny niszczyciel,
trawi wszystko bez wyjątku.
człowiek - wyrób bogopodobny, niedoskonała kopia doskonałości
jako dowód omylności twórcy.
miłość - usprawiedliwiony powód do grzechu i prokreacji,
przeważnie umiera wcześniej niż nosiciel, w rzadkich
przypadkach dozgonna.
Ziemia - poligon doświadczalny, obecnie zapomniane wysypisko
Wielkiego Kreatora.
życie - powolny proces utylizacji materii organicznej
