Zmiana sposobu prezentacji
p { margin-bottom: 0.21cm; }
Czy pamiętasz te
spacery, pocałunki pachnące truskawkami?
Zimę, która osrebrzyła
drzewa w lesie, po którym chodziliśmy wpatrzeni w swoje oczy,
przytuleni by było cieplej?
Czy pamiętasz te dni,
kiedy tańczyliśmy na śniegu? Jak dzieci, bez żadnych problemów i
trosk. Wolni. Rozrzucaliśmy biały puch, aż nie poczerwieniały nam
nosy i nie zmarzły skryte w rękawiczkach dłonie.
Pamiętasz jak wieczorami
siadywaliśmy w ciepłym domu, wpatrując się w zimę za oknem i
pijąc gorącą kawę? Byliśmy wtedy najlepszymi przyjaciółmi,
gorącymi kochankami.
Chciałbym być znowu z
Tobą, móc wdychać Twój zapach, podczas odpoczynku. A chłodna
pościel otulała by nasze ciała. Jak kiedyś.
Czy pamiętasz to lato,
gdy leżeliśmy na dachu wpatrując się w gwiazdy? Myśleliśmy
życzenia, gdy jakaś spadała. Pełni optymizmu i nadziei. Pełni
miłości, która nas opętała.
Czy pamiętasz nasze
marzenia i plany?
Teraz Cie nie ma.
Odeszłaś i nie było to wcale romantyczne. Nie poszłaś w stronę
zachodzącego słońca, wyszłaś w ciemną, deszczową noc, by nigdy
nie wrócić.
Gdzie jesteś?
Czy pamiętasz?
Czy wiesz, że złamałaś
mi serce?
Dotykam zimnej powierzchni i żałuję, że nie mogę zamazać tego, co widzę. Więc patrzę, znów, jak co dzień. Chciałabym od tego wszystkiego uciec, ale to rodzaj kary. To moja kara. Brak mi sił do stłuczenia lustra. A ono drwiąc, bezlitoście pokazuje wszystko!
Jest duże. Stoi na środku pokoju, specjalnie. Przy przechodzeniu odbija wszystko bardzo wyraźnie, jest nowe, wypolerowane do połysku, lśniące.
Moim codziennym rytuałem jest rozbieranie przed nim. Staję i prostuję plecy. Powoli ściągam każdą warstwę ubrania, nawet bieliznę. Taki mały, intymny striptiz dla siebie samej. Najpierw każdy guzik sweterka, szum bluzki którą ściągam przez głowę. Dżinsy jak zawsze stawiają lekki opór, ale w końcu i one lądują na ziemi. Bawełniana bielizna nie wyróżnia się niczym specjalnym, więc nie przyglądam się jej zbyt długo. W końcu wpatruję sie w siebie, nagą, starając się do bólu dostrzec choć małą oznakę tego, że schudłam. To taka obsesja. Ale wiem, że to na nic, ciała zamiast ubyć - przybyło.
Jestem jak hipopotam, to chyba najbardziej trafione moje przezwisko. W sumie by pasowało, tylko zęby mam niepodobne.
*
Nazywam się Martyna i jestem wielka. I kocham jeść. Moja twarz jest jak dobrze ugniecione ciasto, pulchne policzki, podwójny podbródek. Piersi mam wielkie i to one budzą największy podziw, przykuwają uwagę jako pierwsze i jako jedyne. Potem jest brzuch. Nie raz (...)
--- full text ---
Zamglony dzień. Jak na złość w mp3 włączają się same smutne melodie.
"Dust in the wind...".
Jak proch. Mijam powoli cmentarz, już nie lubię go tak, jak kiedyś. Wypatruję znanego nagrobka i robi mi się ciężko na duszy. Jakby coś usiadło mi na klatce piersiowej, to coś jest złe i chichocze mi do ucha, że śmierć jest nieodwracalna. Zamykam oczy i mocniej popycham wózek. Życie też ma wielką wartość, mój synek jest tego doskonałym przykładem. Jest klejem, który łączy mnie z tym światem.
Mijam znane bloki, pod stopami czuję chodnik, którym chodziłam tysiące razy i wspominam. Spacerowałam sama. Wiele razy z psem. Z psem i przyjaciółmi. Gdzie oni teraz są? Rozbiegli się do domów swoich, stworzyli własny azyl i nie wpuszczają nikogo. Przypominają mi się czasy, gdy chodziłyśmy tamtędy mając nadzieję na spotkanie z chłopcem, który nam się podobał. Pamiętam zapachy tamtych wieczorów, dziewczęce chichoty i ukradkowe spoglądanie w okna. Znów w oczach mam łzy.
Przemijanie. Dorastanie. Jakby tego nie nazwać, jest to bolesne. Wspomnienia przypominają mi, że wszystko przemija. Jesień już i znów rok do przodu. Smutno tak.
Co osiągnąłeś w swoim życiu? Spójrz w lustro i przyznaj.
p { margin-bottom: 0.21cm; }
Niebo
jest przyjazne dzisiaj. Dobre. Błękitne.
Przywołuję
wspomnienia, bo wtedy niebo było równie piękne. I małe chmurki
pełzły po nim, leniwie, sennie, wakacyjne.
Dobre to było lato,
dni na wielkiej łące, leżeliśmy- ja z głową na twoich kolanach,
ze zmrużonymi oczami. Nie dało się patrzeć w słońce więc
patrzyłam na twoją twarz. Uśmiechałeś się, a na nosie robiła
ci się śmieszna zmarszczka. Pamiętam twoje oczy, brązowe,
zamyślone. Twoje palce gładziły moją twarz, wplatały we włosy.
-
Co nas czeka, jak myślisz?- pytałeś
- Nie wiem- odpowiadałam -
całe życie, miłość...
- I będziesz moją żoną?
- Będę.
I będę o ciebie dbać- uśmiechnęłam się
- Wiem- przytulałeś
swoje usta do moich, a ja zapamiętałam ich smak.
Od tej pory
minęło kilka lat, a w mojej pamięci wszystko jest jak żywe.
Soczysty kolor drzew, które szumiały nad naszymi głowami. Kolor
traw, w których leżeliśmy. Falowały, łaskocząc nas w stopy.
Nazrywałeś kaczeńców i mleczy by uwić z nich wianek.
Od
tamtej pory minęło wiele minut, sekund, dni. Co roku łąka
kwitnie, a ja co roku przychodzę i plotę nowe wianki. Zawsze z tych
samych roślin.
I ściskam w dłoni małe kwiatki, a one sypią
się na ziemię. I na (...)
--- full text ---
p { margin-bottom: 0.21cm; }
Słońce
stało na niebie już wysoko, prażyło w plecy, rumieniło policzki.
Las był coraz bliżej, prawie czuliśmy już chłód jego cienia.
Przywitał nas jednak ciężkim powietrzem, zapachem ściółki i
rozgrzanych drzew. Las szumiał cicho, czubki drzew kołysały się i
gdy człowiek spojrzał w górę miał wrażenie, że potężne sosny
złamią się pod naporem wiatru. Było bardzo cicho, nie licząc
szumu wiatru a i my, zmęczeni długim spacerem nie odzywaliśmy się
zbyt wiele.
Szukaliśmy starej sztolni, którą chłopcy
postanowili zwiedzić. Mieliśmy zrobić sobie przy niej mały
piknik, w plecaku miałam przyszykowaną sałatkę z kurczaka i kilka
kanapek a także owoce i coś do picia.
Uwaga na żmije -
powiedział w pewnym momencie Marek omijając jedną z nich.
Wygrzewała się w słońcu, jej obłe ciało ledwo co odznaczało
się od zielonej trawy. Widziałam jak czujnie obserwuje nas
czarnymi, nieruchomymi oczami. Była bardzo piękna.
Boję się
żmij - jęknęła Aśka - czy ona może mnie ugryźć przez
spodnie?
Nie - odpowiedziałam jej i poszliśmy dalej
Znaleźć
starą sztolnię nie było wcale tak łatwo jakby się mogło
wydawać. Las, w którym się znajdowaliśmy był gęsty, pełen
połamanych drzew i wysokich traw. Raz nawet musieliśmy (...)
--- full text ---
p { margin-bottom: 0.21cm; }
Każdy
człowiek podobno rodzi się i umiera samotnie. Ale tak naprawdę
samotny jest przez całe życie, zamknięty ze swoimi mrocznymi
sekretami, myślami, pragnieniami. Niektórzy bardziej niż inni chcą
dzielić się swoim wnętrzem z innymi, inni, wręcz przeciwnie, wolą
milczeć i uważnie słuchać, ale od siebie nic nie mówić. Należę
do tej drugiej kategorii. Nigdy raczej nie miałam przyjaciół i
odkąd pamiętam wolałam swoje własne towarzystwo niż
szczebiotanie głupich nastolatek gadających o niczym. Te wszystkie
dialogi, uzewnętrznienia i wzdychania na pewno nie były dla mnie.
Każdy
człowiek ma takie jedno miejsce na świecie, gdzie czuje się jak w
domu. Nie musi być to oczywiście budynek, czasami może to być
nawet całe miasto czy wieś. Takim moim miejscem był stary, walący
się domek w środku lasu, za miastem. Odkryłam go kiedyś na
spacerze. Niska chata, podobna do starca, który pod wpływem wieku
coraz bardziej pochyla się do ziemi. Zarośnięta trawami,
zamieszkała przez dzikie zwierzęta stała się moim azylem,
miejscem w którym mogłam pomyśleć, pomarzyć, odpocząć.
Niesamowita atmosfera panująca wokół chaty dawała poczucie
spokoju i posiadania swojego miejsca w życiu.
Bo
każdy człowiek ma swoje miejsce w życiu i nie chodzi tu tylko (...)
--- full text ---
