Zmiana sposobu prezentacji
Zginąć tak jak ginie ptak
gdy go atmosfera spali
Być płomieniem by nawet wiatr
nie umiał mnie zgasić
Zginąć tak jak żołnierz ginie
padając twarzą w piach
Gdy serce jeszcze bije
a dusza mówi Bogu "tak".
Oderwane od ciemności
Od tego ciepła matczynego, którego już nic mi nie zastąpi
Jakaś wielka zimna łyżka
mnie od niej oddziela. To boli.
Niemy krzyk z niewykształconych strun głosowych
utkwił mi gdzieś w głowie
Moja mała wielka walka (o życie)
Przegrana!
Już umieram to tylko chwila
już się od mamy odrywam
Wyląduje na śmie(r)tniku
chociaż jestem już dzieckiem!
Tak cicho na cmentarzu
Święci głowy chylą w niebie
Nad pięknem krajobrazu, bo widzą w nim Ciebie
Nikt nie hałasuje
Nikt się nie zaśmieje
Miejsce puste, ale pełne wspomnienia
Ton tego głosu i czarna sutanna
Dół w ziemi i cicha melodia pożegnalna
Jak echo tamtych dni dziś do mnie powraca
Ty jesteś tak blisko
w mych żalach i płaczach
I gdy stoję nad grobem to pochylam głowę
bo w ziemi spoczywają te wspomnienia moje
(kochane)
W wietrzny dzień przebite krwią ręce
Gdzieś niedaleko mała mogiła
wśród krzyży
Drzewa szumiące tak jak gdyby nigdy nic
a one przecież widzą tak mało!
Wokoło mnie wietrzny dzień
gdzie wszystko jednak normalne ale jakby inne
Nawet krzyż ma swój cień!
Uczę się na pamięć:
Twojej fizjonomii
Twojego głosu
Twojego oddechu
i
Twojego dotyku
żeby potem na kartkówce z samotności
dobrze wypaść.
Powoli wkraczam w ten świat
Zamknięta w złotą klatkę
fałszywej opiekuńczości
Pozbywam się moich wad
Na rzecz nowych zalet - wcale nie lepszych!
Kolory - ciemnożółty i zielony
Kolory - brąz i fiolet w parze
i czerwony
samotny
jak oznaka tego, że jestem daltonistą
Znów mnie zabijasz
Dlaczego? - czy zamknięta w klatce mam prawo coś czuć?
Nie - odpowiadasz bo brakuje Ci słów
