Zmiana sposobu prezentacji
Więzienie w jakim trwał,
wykraczało poza cztery ściany,
sięgało dalej, aż po horyzont.
Bieg ku niemu, na oślep, zawsze kończył się tak samo,
oddalający się zjadliwie nieboskłon,
mamił obietnicą, że dalej, w innym świecie,
będzie oddychał pełną piersią,
musi tylko szybciej biec.
Każda z ucieczek była kolejnym głazem na karku,
wyrwą w życiorysie i lekcją pokory.
Był jak chomik na karuzeli,
po morderczym wysiłku kiedy wysiadał,
był dokładnie w tym samym miejscu -
w swojej klatce ubitej z jałowej wyobraźni
i paraliżującego lęku przed odpowiedzialnością.
Rozdział II
Minęło kilka lat, Mariolka zdążyła się ustatkować jak jej koleżanki z blokowiska. A tak, i ona znalazła męża. Kto szuka ten znajdzie - jak mawia stare porzekadło.
Ale wszystko po kolei.
Miesiąc po incydencie z Franciszkiem, dziewczyna postanowiła odpocząć i zresetować się. Wyszperała wszystkie oszczędności, wzięła urlop i wraz z zamężnymi przyjaciółkami, wykupiła wycieczkę do Grecji. Na początku plan był taki, że miały być same, ale jak przyszło co do czego, poleciały z mężami. Słyszała wymówki typu: "Mariola, no wiesz jak to jest, nie chciał puścić mnie samej". Albo: "Następnym razem to już na tysiąc procent będzie to babski wyjazd". Oczywiście, że się czuła jak piąte koło u wozu. Miała dość przytyków typu: „Mariolka, zobaczysz, już niedługo będziemy tańczyć na twoim weselu”. Tak, potrafili być okrutni. Naigrywali się z cudzego nieszczęścia, była ich ulubionym tematem żartów.
Najwięcej czasu spędzali przy basenie, albo na plaży. Gdzie nie spojrzeć, kłębili się ludzie, wszędzie leżakowały pary, miała wrażenie, że tylko ona jest tu samotna, nie pasująca do układanki jak trefny puzzel. "To miał być cudowny urlop: dyskoteki, zabawa, wino i śpiew, a tym czasem jestem jak foka, leżę całe dnie na plaży, albo wysłuchuję małżeńskich kłótni – myślała.
--- full text ---
Rzęsy z marketu i brwi z modnego szablonu, miały dodać wyrazistości spojrzeniu. Wściekle pomarańczowe tipsy, przywodziły na myśl strój robotnika drogowego. Całość opinała przykrótka mini i wysokie sandały, z których wyłaziły na wszystkie strony palce stóp. Wyglądały niczym uciekające, tłuste gąsienice.
Zwichniętą równowagę doskonałości czyli płaski tyłek, rekompensowały ogromne piersi i wylewające się boczki. Ponoć w przyrodzie nic nie ginie. Spojrzała w lustro i zadowolona z wielogodzinnych zabiegów, naciągnęła kusą bluzeczkę na pępek, odsłaniając piersi. Było to niczym naciąganie przykrótkiej kołdry, z pod której zawsze coś wystaje.
Jeszcze tylko litr wylanej wody perfumowanej, brokat w utapirowane włosy i była gotowa do wyjścia.
W windzie posłała zalotne spojrzenie nieznajomemu mężczyźnie. Obiegł, żeby nie powiedzieć przeleciał spojrzeniem po całej okazałości i bezceremonialnie utkwił wzrok w jej dużych oczach. Zadowolona z piorunującego efektu, wydęła usteczka w dziubek, co miało jej nadać seksapilu i doszczętnie zwalić gościa z nóg.
Tymczasem winda zjechała na parter. Mariola zarzucając biodrami wypłynęła z windy, święcie przekonana, że mężczyzna ciągle na nią patrzy. Wsiadła do starego opla astry i udała się na myjnię samochodową. "Przecież kobieta zawsze i wszędzie musi pięknie wyglądać. Kto wie, kiedy spotka swojego rycerza" - (...)
--- full text ---
Na katafalk z białego marmuru pada miękkie światło świec, wokół nieprzenikniona ciemność, chłód i sakralna wręcz cisza. Na lodowatym marmurze spoczywa naga kobieta, wokół twarzy leżą rozrzucone długie, ognisto rude włosy z burzą loków. Wygląda jakby spała. Ale nie śpi, czeka. Napięcie ciała zdradza przyśpieszony, płytki oddech i ściągnięte stopy. Z bladością skóry kontrastują krwiste usta.
Nagle z ciemności wyłaniają się śnieżnobiałe, alabastrowe dłonie, piękne, smukłe jakby spod dłuta samego Michała Anioła, poruszają się przebierając długimi palcami i zmierzają w kierunku rudowłosej piękności. Dziesiątki, setki dłoni, nadciągają zewsząd z ciemności. Idą jak mrówki, suną, wspinają się na marmur, niemal słychać szelest palców. Zgodnie podążają wiedzione jakimś instynktem, a ona czeka.
W końcu pierwsze dłonie dosięgają ciała, zastygają na moment, po czym jak motyl czułkami, ostrożnie dotykają, muskają z namaszczeniem, jakby oddawały hołd. Po chwili są wszędzie, układają się falami, rytmicznie muskają i gładzą. Układają się w finezyjne wzory, by nagle kończąc swoje powołanie, tak ja się pojawiły – zniknąć. Schodziły jedna po drugiej rozpływając się w ciemnościach.
Wszędzie tam, gdzie odsłaniała się skóra, wyłaniało się błękitno-niebieskie ciało. Uważny obserwator widziałby mozaikę (...)
--- full text ---
Zawsze kiedy jest pełnia, źle sypiam.
Wychodzę wówczas za dom, do lasu,
do którego prowadzi wąska ścieżka.
Po obu stronach gęstwiny, szeleszczą liście,
więc zamykam oczy, wsłuchuję się,
a potem powoli, krok za krokiem,
idę przed siebie, starając się nie wpaść na drzewa.
Kiedy czuję jak wyostrzają się wszystkie zmysły,
a ciało przypomina napiętą strunę,
wtedy nadchodzi ten moment:
szybko otwieram oczy,
lecz nadal jest ciemno,
dopiero po chwili majaczą jakieś kontury.
Wiesz, chciałabym je kiedyś zobaczyć,
z tobą.
Był łowcą, rasowym kocurem, Persem pośród dachowców, któremu nie mogła się oprzeć nieomal żadna gorąca kotka. Przez lata wytrenował łowny rytuał: nęcenie i wabienie, potem sztukę niby ukradkowych muśnięć, pomrukiwań do uszka, by wreszcie usidlić i uzależnić. Tak, był mistrzem w swoim fachu, wirtuozem niewieścich serc.
W chwilach samotności, stawał przed lustrem i niczym indyk napinał pierś, jak paw prężył ogon. Zakochany we własnym odbiciu, zakręcał na palec loczek bujnych włosów, kaskadą spadających na gładkie i wysokie czoło. Tak, natura obdarzyła go nietuzinkową urodą. Wysportowana sylwetka, nienaganna postawa godna zawodowego tancerza, śniada cera, zawadiacki uśmiech i to spojrzenie, którym świdrował i przeszywał. Był jak samiec alfa, wzbudzał podziw u kobiet i zazdrość u mężczyzn.
Nigdy nie sprawiało mu najmniejszego problemu poderwanie kobiety, można powiedzieć, że same wchodziły mu do łóżka, toteż przewinęło się ich przez jego sypialnię dziesiątki jak nie setki. Zawsze działał tak samo, namierzał ofiarę, mamił powłóczystym spojrzeniem, a potem odbywał godowy taniec roztaczając wokół swój osobisty urok. Był współczesnym Casanovą, Gary Cooperem, Jeanem-Paulem Belmondo i Marlonem Brando w jednym.
Mijały lata a on kolekcjonował kolejne naiwne serduszka, nanizywał je na sznureczki i zawieszał na swoim narcystycznym ego.
Każda kolejna zdobycz, (...)
--- full text ---
Letni wieczór rozlał się po ziemi, nasycił wilgocią każdy jar, wąwóz i rozpadlisko. Krople rosy leniwe spływały po soczystej zieloności traw i krzewów, za dnia rozgrzanej słońcem, a teraz kojącej się w chłodzie wieczora.
Nie pamiętała jak długo błądziła po bezdrożach, gnana pierwotnym instynktem. Nie zwalniała kroku, nie czując lęku ni zmęczenia.
Kiedy wreszcie ujrzała ściany żywopłotów zwartych i wysokich na jeden sążeń, przystanęła bacznie się rozglądając. Powoli zbliżyła się do ich krawędzi niecierpliwie szukając wejścia do labiryntu. Noc i ciemność wyolbrzymiały wszystko wokół, ale i bez tego labirynt był ogromny, rozpościerał się na przestrzeni, której wzrok nie ogarniał nawet za dnia.
Wreszcie odnalazła wejście, z ulgą weszła do środka. Było tam niezwykle pięknie, wydawało się, że słyszy dźwięki kojącej, niebiańskiej muzyki. Ściany były tak blisko, że niemal stykały się ze sobą, powodując, iż czuła jak jej nagie ramiona ocierają się o miękkie, wilgotne liście. Bosymi stopami brodziła w gęstej trawie, była niczym zjawa, oświetlona światłem księżyca, zdawało się, że nieomal płynęła śród rozlicznych ścieżek.
Niestrudzenie maszerowała dalej czegoś szukając, co jakiś czas spoglądała na księżyc ciesząc się w duchu, że choć odrobinę oświetla wędrówkę. Labirynt zdawał się mieć niezliczoną ilość zaułków, (...)
--- full text ---
Nie było kataklizmów, słońce nadal świeciło, gwiazdy nie spadały. Głosów trąb też nie było słychać, nie widziano innych znaków opisanych w Biblii. Nie przelewała się krew, nikt nie płakał, świątynie jak zawsze stały puste. Koniec nastał tak po prostu, zwyczajnie, niczym wcześniej nie poprzedzony, żadnym symbolem, przestrogą, nikt nie miał proroczych snów, wróżbici i jasnowidzowie nie ostrzegli przed nieuniknionym.
Tego dnia świat jak zawsze tętnił życiem, na całym globie w jednej sekundzie ludzie umierali i rodzili się, dochodziło do aktów zbrodni i przemocy, altruizmu i bezinteresowności. Pławiono się w rozpuście, kupowano, sprzedawano, płakały i radowały się na przemian dzieci, planowano podboje kosmosu i wydzierano światu kolejne tajemnice. Słowem jak w gigantycznym ulu, jak w mrowisku tętniło życie we wszelakich jego odcieniach i przejawach.
Ewa jak miliony ludzi niczego nie przeczuwając w pośpiechu wyszła z domu na uczelnię. Biegła za uciekającym autobusem przeciskając się łokciami pomiędzy idącymi w przeciwnym kierunku przechodniami.
Nagle przystanęła, wręcz zastygła. Świat w jednej sekundzie zamarł w ciszy. Zapanowała zupełna, przerażająca, szumiąca w uszach martwota. Wszystko i wszyscy wokół zastygli jakby coś wyssało z nich całą energię.
Mogła tylko patrzeć, nie była w stanie się poruszyć, wydać z siebie dźwięku. Nic, totalne, (...)
--- full text ---
Chłodna jesienna noc rozgościła się na dobre. Szła wąską aleją gęsto wysadzaną starymi, rozłożystymi dębami. Drobne stopy delikatnie brodziły w dywanie z liści. Panowała zupełna cisza przerywana szelestem spadających to tu to tam, jesiennych liści. Wokół pachniało ziemią, trawą i czymś jeszcze, co czuła w nozdrzach, a czego nazwać nie potrafiła.
Nie czuła strachu lecz podniecenie i euforię, tak długo czekała na tę noc.
Czujnie nasłuchując i obserwując ścieżkę, dotarła do starego cmentarza, powoli weszła przez szeroko otwarte metalowe wrota. Roztoczył się przed nią widok mogił i krzyży, które naznaczył czas jak sędziwych starców.
Groby i kurhany były liczne rozsiane wśród drzew majestatycznie opierały się siłom natury i czasowi. Zdawało się, że cmentarzysko nie ma granic, tylko blask księżyca nieco rozjaśniał to miejsce wiecznego spoczynku.
Kamienie, z których wykuto nagrobki, porosły mchem, gdzieniegdzie pochylone krzyże, ciężko zapadły się w ziemię. Miejsce to tchnęło grozą, jednakże było urzekająco piękne, było w nim coś magicznego, coś co pociągało i odpychało zarazem, kazało uciekać i trwać.
Pewnym krokiem weszła pomiędzy monumenty pamięci, niecierpliwie czegoś szukając. Wiedziała, że jest blisko, czuła to.
Wreszcie znalazła. Był to masywny grób, stary i kamienny, jego (...)
--- full text ---
Był zimny jesienny wieczór, gęsta mgła otuliła miasto. Z gotyckich kamienic od palących się w domach świec, padało żółtoblade światło na ciasne ulice. Z licznych i ogromnych baszt, wieżyczek, padały długie ,czarne cienie, układające się w przeróżne przypominające ludzkie postacie kształty. Gra świateł i cieni żyła własnym, magicznym życiem.
Wybiła północ, ulicą szła młoda, piękna kobieta. Czuła, że w tym dziwnym miejscu jest zupełnie sama. Nie wiedziała gdzie i po co zmierza i dlaczego się tu znalazła. W głowie kłębiły się dziesiątki pytań, jednak pchana niewidzialną siłą szła naprzód. Mgła była coraz gęstsza. Zaciekawienie otaczającą rzeczywistością z wolna zmieniało się w niepokój, a potem w coraz większy lęk.
Jej długie, kruczoczarne włosy opadały na ramiona, piersi, sięgały talii. Na bladej drobnej twarzy o ogromnych zielonych oczach, malował się strach. Długa, błękitna suknia, którą zdobił sznur pereł, przesiąkła wilgocią, krępowała ruchy.
Długo przemierzała zaułki i ulice miasta, w końcu poczuła zmęczenie, pragnęła odpocząć w jakimś bezpiecznym miejscu.
Od wszechobecnej białej jak mleko mgły, świat wokół zamazał swój kontur. Przejmującą ciszę mąciły jedynie jej własne kroki. Szła coraz szybciej, rozpaczliwie rozglądała się wokół szukając jakiegoś miejsca gdzie mogłaby wejść, odpocząć i opanować (...)
--- full text ---
Nad jeziorem unosiła się mgła. O tej porze roku nikt nie kręcił się w tej okolicy, nawet hałaśliwa młodzież wolała bardziej cywilizowane, ruchliwe ulice miasta, niż ten ponury i zapomniany zakątek za aglomeracją, szumnie przez niektórych nazywany- plażą miejską.
Samotna dziewczyna? W takim miejscu? Musiałaby wzbudzać zainteresowanie i pytania, ale wokół nie było żywej duszy. Dotarła do jeziora, widziała ledwie dostrzegalne w mroku brzegi, porośnięte drzewami i innymi gęstymi zaroślami.
Powolnym krokiem dotarła do tafli wody, przystanęła, długo w bezruchu patrzyła przed siebie jakby wsłuchana we własne myśli, zdecydowana, skupiona nad tym, co zamierzała zrobić.
Zebrała siły, zamknęła oczy i postąpiła krok naprzód. Zanurzyła bosą stopę w wodzie, była lodowata, drgnęła z zimna, zatrzymała się na chwile, po czym powoli zanurzała się w odmętach jeziora coraz bardziej i bardziej. Położyła dłonie na tafli, zatoczyła kręgi, obserwowała jak lustro wody drży i faluje pod wpływem ruchu, czuła jak wodorosty przyjemnie muskają skórę.
Woda sięgała już do jej twarzy, ale nie zwalniała szła dalej. Po chwili ciecz wdarła się do uszu, by za chwile wypełnić usta, nos…
Otworzyła oczy, pozwoliła by woda zabrała ciało na dno, opadała powoli, nie walczyła o życie….
Głucha cisza.
Ciemność.
Błogość.
--- full text ---
