to nie były wiersze o niczym
wstawała o świcie z zapamiętanym snem
czasami uśmiechnięta nad wyraz
spisywała wszystko linijka w linijkę
zdarzało się jej też nad ranem zapłakać
słyszałem wtedy deszcz
był głośniejszy od myśli
później oddzielaliśmy kłamstwa od prawdy
trzymały się najczęściej prześwietlonych zdjęć
albo wystawały z albumów zasuszonym zapachem
dziurawca podbiału albo zwyczajnej babki
czasami lekarz zostawiał tabletki
nie wszystkie pomagały
w tamtym miesiącu wyspowiadała się
z grzechów odłożonych na czarną godzinę
umarła z nienarodzonym wierszem pod powieką
i sercem po lewej
skarb czyjejś obecności
report