Zmiana sposobu prezentacji
spójrz na jesień znów w liściach a pod liśćmi miasto
pierwszy lepszy parasol z deszczem chce się spotkać
księżyc z muchą pod brodą - skąd on ją wytrzasnął
i ten gwar na ulicy - to chyba Piotrkowska
.
noc ucieka przed chmurą a ja śnię przy oknie
długi spacer we dwoje to nie twoja wina
wspomnieniami się karmię - barwami na Złotnie
gdy jesienią przytulasz nie trzeba Tuwima
.
wiatr się zerwał deszcz spadnie na łódzkie ulice
słychać tramwaj do Zgierza może do Pabianic
ale muchy nie słyszę - leci za księżycem
może łodzią odpłynie - Łódź już nie ma granic
2026-10-20
czasami niebo wydaje się na wyciągnięcie ręki
nawet gwiazdy mrugają do siebie dziwnie znajomo
gra świateł
muzyka
koncert jesienny
ale nie na dwa świerszcze i wiatr w kominie
.
w międzygwiezdnej przestrzeni
rozbrzmiewa jesienne pożegnanie Chopina
.
oddalone o miliony lat świetlnych gwiazdy
dotykają wyobraźni
.
powracasz jak noc - muzyką
Moje Szczęście
2026-10-19
jesień jak jesień z młodym winem
z twoim uśmiechem jak przed laty
dziś świerszcze grają za kominem
chłód w złotym liściu cicho zastygł
dzieci kasztany wyzbierały
nawłocie dawno już przekwitły
tylko w twych oczach świat mój cały
radość na ustach aksamitnych
gdybyś tak jeszcze swoje - pragnę
wpisała obok - kocham - z wiersza
niech w kropli deszczu na nas spadnie
życząc - dzień dobry - prosto z serca
czuję ją w środku - wiesz jak gniecie
jak późno-letnie zakochanie
co ten październik nam przyniesie
ach przytulże się - słońce wstaje
otwórzcie chmurom serca zanim deszcz wywróżę
zgaście światła przed świtem jak ostatnie gwiazdy
niebo ciszą zarośnie jak ciemność po burzy
cienie drzewom odżyją - słowo boże zadrży
o jesieni w tym roku tak jak i o głodzie
zapomnijcie smakosze wytrawnych witamin
żeby żyć trzeba kochać - co jest bardziej w modzie
jakaż miłość jest trudna gdy kamień o kamień
zanim umrzesz jak człowiek - jak zwykle za szybko
a poezja jak pacierz wspomnieniem zostanie
umrze słowo grzech umrze piękno umrze - wszystko
i nie powiesz - dobranoc - gdy czas na śniadanie
2026-10-18
szukam w nas młodzieńczego wigoru
zachwytu nad kwitnącym przy drodze wrzosem
cienia którym próbuję okrywać to co bliskie
gdy dzień zmierza ku zachodowi nie licząc słów
szukam melodii jesiennego lasu pełnego barw
dźwięków schwytanych w sieć babiego lata
myśli zatrzymanej nad błądzącą w trawie mrówką
szukam czułości zaplątanej metaforą w wiersz
szczęście jak zwykle odkładam na później niż jutro
cieszę się że coraz częściej zastanawiasz się nad moją pisaniną
nie mów w którym kolorze ci do twarzy
podobno najpiękniejsze sny śnisz na różowej poduszce
są sny podparte marzeniami
życzenia które słyszę na dzień dobry
są bajki wyciągnięte z opasłych ksiąg
których nikt nie opowiedział do końca
.
w twoich oczach widziałem miłość
która nie chciała umrzeć zbyt młodo
próbowaliśmy się w pocałunkach
nie licząc dobrych stron w przytuleniach
.
rozgrzewało słońce ziębił wiatr
rozkochani w modraszkach i macierzance
czekamy na naszą Wiosnę
2026-10-16
ostatnie kolorowe liście
jak zwykle o tej porze
październik straszy chłodnym deszczem
.
uczę się na nowo kobiecych piersi
wg teorii względności Einsteina
sutki z wzajemnością poznają usta
.
istnieje pewne prawdopodobieństwo
że rzucimy się sobie w ramiona
liczę na pocałunek
.
marsz Mendelsona nie wchodzi w rachubę
2026-10-15
mgłą rozkwitła nad ranem przewrotnie
noc jesienią nie pachnie już majem
wiatr też ucichł - czy cisza za oknem
do południa przynajmniej zostanie
.
czy dwa słowa na brzegu języka
już od dawna wpisane do wiersza
znów nam będą szaloną muzyką
wszak jesienna nikomu nie przeszła
.
ponoć w sercach i w oczach została
żarem chłodu i mgłą w październiku
gdy całuje - całuje cię cała
i przytula i kocha - ach przytul
2026-10-15
jakiś nie dotyk prędzej pocałunek
myśli o tobie zagubione we śnie
w zieleni liści wiosna do nas frunie
zmysłowy obłok nie czułem go wcześniej
kwietnej miłości kiedyś bzem i różą
wonią konwalii gdy otwieram okno
z zapachem maja chwile się nie dłużą
słowa w bukiecie stają się pieszczotą
najczulszym szeptem zaplątanym w ciszę
gdy błękit nieba opada w ramiona
a wiatr chciał nie chciał epilog dopisze
zapach kobiety gotów mnie pokonać
cóż - październik i drzewa w parku jakby chudsze
wiatr wygania spod ławki opadłe bure liście
wiewiórka z dębu rozgląda się z zaciekawieniem
pewnie się uśmiecha ale czy to uśmiech
.
obok usiadła cisza może chce porozmawiać
wiem wiem - słowa z serca brzmią zupełnie inaczej
czasem echo je wzmacnia
wiatr podkłada muzykę
.
przecież nie rozbierzesz mnie z myśli
ale gdybyś zeszła na ziemię
.
jak wiewiórka głową w dół
2026-10-10
w piątki burze przechodzą bokiem
wieczorny cień grozy wyszedł na ulicę
nie ma obok ciebie - amfiteatr świateł
w między chmurnych błyskach ślepiów ciut nie wilczych
natura strach budzi lecz jakże inaczej
grzmotów już nie słychać za to pachnie deszczem
wilgocią spod olszyn wzmożoną przed nocą
czuć napięcie chwili i barw epilepsję
gdy łamiąc kanony w zygzakach się złocą
w pomrukach dostojnych odchodzącej burzy
spinających echem garby horyzontu
z twoją dłonią w mojej - aż boję się wróżyć
powiedz że mnie kochasz od piątku do piątku
