Zmiana sposobu prezentacji
List do Małej z Krakowa(ale może być do ciebie)
Spójrz jak wsysa cię to miasto i z tą staromiejską treścią wąskich ulic, wyrzuca swoje wzewnątrz abyś mogła poczuć się swobodna i wolna, tą gorzką-słodką wolnością. Przemodliłaś zacierpliwość pisząc kolejne podanie o własny kąt w zaciszu ciszy. Odrzucone, z powodu natłoku spraw i braku miejsc, przeżyjesz i to, lepiej powiedz, jak ci ładniej, w brązie, czy?
Dziś więcej wiesz od wczoraj, tylko musisz oswoić w sobie tę wiedzę, bo ona, jak to wiedza, uwiera i przygniata odciskając się piętnem w twoim wątłym ciele, tak bardzo skłonnym do zatrzymywania śladów. A kiedy już na dobre ścierpnie skóra od poklepywania po tyłku, i policzki od powstrzymywania łez, które czasami same wypływają, porzuć ten balast nierozwiązywalnych działań, w tym wypadku niewiadoma jest wynikiem, prawda?
Oni są rozwiązywalni, ty nie, myślisz ciągle o tym samym tylko innymi słowami. Jak się ułożyć by zdążyć ze wszystkim na czas, bardziej pytam niż radzę. Według jakich metod tym razem? Mówiłaś często, że trzeba posiadać plan, co z planem na niewywoływanie jutra? Wiem, że dobrze chciałaś, tylko czasem nie wystarczy dobrze chcieć, a piękno często ginie pod obcasem.
Nasze drogi należące tylko do nas pozostaną wierne i nie zostaną zbrukane cudzą (...)
--- full text ---
przemyt kilku mądrych miłości wywraca
porządek wszystkich uczuć (bd)
To nie ma związku z nią, że piszę. Podobieństwo.
Miłość przylega tam gdzie znajdzie miejsce. Naiwnym wmawiają, że mogą
więcej niż ponad. W bonusie racjonalizatorskie uczucia za grosz, czasami
kupują w promocji, aż do wyczerpania różowej serii. To nic, że przeterminowane.
(szczypie pod powiekami to chyba przez te świetlówki
)Klimat odpowiada przestrzeni. Świetna widoczność więc rozpuszczam oczy. Chyba nie pokornieję, tylko wyjałowiony pustoszeję, pieprzę się z kolejnym dniem i uśmiecham zza parawanu. Zaszywam się w sobie, jestem teraz embrionem nadziei. Każda chwila rozpamiętywana jest jak nieskończoność, niektóre miejsca są święte. Pamiętasz?
Byłaś tam przez chwilę, teraz jesteś obok, wyciskasz krople deszczu z szyby, rozmowy z tobą zahaczają o kamienie, w dotyku chłód i dreszcz. A wszystko to, taka nocna dywagacja śpiącego, nieskładność zdań odlatujących wraz z wydmuchanym powietrzem
.
Rozmowy nie-intymne cz. X /ostatnia/
Teraźniejszość obciążona jest przeszłością
i brzemienna przyszłością. (Leibniz)
Wziąszy pod uwagę całe nasze rozmawianie jestem.
Słabszy o kilka słów klamkuję drzwi. Przeważnie chcę uciec od siebie, albo wreszcie się spotkać. Patrzę czasami przez otwór wytrychu, śpisz albo udajesz, bo tak naprawdę spacerujesz milcząco po zalamarkach moich ust. Chciałbym lecz w tle pozostaje niewdzięczne ale. Czy zdążę nakarmić odlatujące kormorany tego lata?
Nie znoszę szelestu pościeli z martwych liści. Pod groźbą utraty zamienię się w kamień. Rzucony będę plątał się gdzieś w powietrzu jeszcze przez długi czas, za długi. Strata, potem wytchnienie to konieczność, oczekiwanie kolejnego porażenia, teraz powolne poruszanie powietrza w kamieniu, by wreszcie osiąść wygodnie na brzegu tonącego dnia, zwiesić oczy w niebaskłonie, z kadłuba wyobrażeń wypleść gniazdo wspomnień.
Jutro świt. Za wczoraj wybacz niemądremu. Uciekam lecz nie ma ucieczki, jest tylko ogromna tęsknota za wczorajszą rzeczywistością. Skorumpowany tobą zatrzymuję dla siebie co ciekawsze przemycone zdobycze.
Rozmowa nie-kontrolowana, rozmowa nie-kontrolowana, rozmowa nie...
Coraz mniej wyczuwam gdzie kończę się ja, a zaczyna Bóg.
Wczorajsze jutro dokonało się, zgaszony dzień to produkt uboczny upadku.
Sen szeleści w objęciach jawy i znika. Ostatnim pomrukiewaniem, daje za wygraną
wystukując melodię wyrzutów sumienia. Dryfuję wtedy w odwrotną stronę,
nie żebym się buntował, ja tylko wracam do siebie coraz częściej. Siadam
opierając się o ścianę niemożności. Boje się ciemnych zakamarków wtedy
zaciskam powieki do bólu i widzę swoje oczy, zawsze kurczowo otwarte na ciebie.
W środku znajomości zaczęliśmy planować włamanie do nieba. Nadal powoduje mną dotyk utrzymany w poetyce minionych epok, gdy nocą z szeptanych do ucha
nadziei układam wiersze, rozbijam poezję na słowa-oddechy, tak cicho, w zamyśleniu z palcem przyłożonym do ust. Niebo zakryte rzęsami podaje kolejne okazje zbyt twarde dla nas. Rozpraszamy naszą nieobecnością spojrzenia, budzimy lodowce.
Konsekwentnie przechodzimy ulicami udając że wracamy do domu wierząc, że dwa
centymetry bliżej nieba wystarczy na jutro. Codzienność najwyraźniej nie wyszła, uwiera jak ciasny kołnierzyk przy koszuli, zadusza bezsilnością. W dobie kryzysu milczenia tyle ciszy teraz.
Dopijam wieczór, jeszcze tylko pozbieram to co po nas zostało.
Rozmowy nie-intymne cd. /VIII/
z życiorysu zaczerpnięte (ostatecznie okaże się czy początki mają końce)
Urodziłem się o życie za wcześnie, w zamian dostałem parę szaro-niebieskich oczu do użytku zewnętrznego. Klapsa w tyłek na niby szczęście, może uda się przetrwać bez zbytnich zapętleń. Tylko los fiknął kozła, nic więc dziwnego, że cofam się do przodu. Za każdym razem kiedy przyglądam się sobie od nowa, mam wrażenie, że co kilka sekund erupcja przeskakuje z jednej półkuli na drugą, przeżywam kolejny rok na bakier z zasadami, twierdząc, że jestem gotowy wypić zieloną z jaśminem przy jednym stole i choć przeciekam przez lipcowo-sierpniowe niebo spróbujmy raz jeszcze poczytać na nowo. Dobrze? Nie było początku więc nie czas kończyć, każdej nocy przeszukujesz mnie kategorycznie od środka, pętlisz dłonie i ramiona. Patrząc w tym samym kierunku, to widzieć dwoje, nie jedno.
Nie opanowaliśmy do perfekcji naszych faktycznych abstrakcji, dwóch niemożliwych światów, choć są na wyciągnięcie ręki, czasami niepewnie uchylamy i tak nieszczelne drzwi. Nie zaprzeczaj, jesteśmy w stanie, w stanie wskazującym. Pachniesz. Drżysz półszeptem choć nie rozumiem, wiesz jak to na mnie działa. Czuję oddech, prawie mogę cię dotknąć. Droga do siebie zawsze bywa długa i dalekanawet nie wiem, czy byliśmy w połowie, być może doszlibyśmy do końca,a może przeszliśmy samych siebie? Ale to już historia, (...)
--- full text ---
„Takaś mała, a łzy takie ogromne
takie ciężkie, że aż głowa się chyli
opadają te łzy twoje w dół pionem
tak najprościej ku głębokim dnom chwili
takaś mała , a łzy takie ogromne
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
stoisz mi w oczach jak łzy
Andrzej Trzebiński „tak najprościej”
Czas - to niewidoczne otoczenie, w którym ludzie zjawiają się, poruszają i znikają...
*
Moje życie jest ciągłym czekaniem. Czekaniem na autobus, spóźniony o dziesięć minut, na kochanka, który co noc wraca pijany, na kota ganiającego myszy na strychu, który nie wraca, na telefon od niedoszłego pracodawcy, na list z pieniędzmi zza oceanu od starej bogatej ciotki, ewentualnie na spadek po jej śmierci. Czekaniem na szczęście, które jeszcze nie nadeszło, na podróż do dalekiej Azji, czekaniem aż spełnią się inne marzenia. Takie czekanie na czekanie.
Moje życie zawsze było czekaniem! Czekaniem na wiecznie spóźniającą się nauczycielkę od fortepianu, czekaniem na matkę wracającą z pracy, na prezenty wkładane pod choinkę przez ojca, na śnieg, na wakacje, na gorący chleb z piekarni, na jagodzianki posypane cukrem, pieczone przez babcię co niedziela. Czekaniem na pełnoletność, na miłość, na pierwszą miesiączkę, na większe piersi, na nową sukienkę z butiku, na wyniki z egzaminów, na niego w pustym (...)
--- full text ---
kiedy żagiel mej duszy
trzepotał na wietrze
Ty chwytałeś go w dłoń
i mówiłeś "przeczekaj"
a kiedy serce moje
pulsowało uparcie
Ty chwytałeś je w dłoń
i mówiłeś "nie zwlekaj"
gdy żebrak wyciągał
swą drżącą dłoń
Ty chwytałeś je w dwie
i mówiłeś "nie poddawaj się "
mojemu ojcu
Kilka dni temu po raz pierwszy zaniemówiłem. Nie wiem, czy to przez wzruszenie, zmieszanie, wstyd, smutek, żal. Po prostu ścisnęło się moje nadwyrężone serce, oczy utkwiłem w jednym punkcie i trwałem...
Sprawcą mojego stanu był kilkuletni, żebrzący chłopiec. Miał takie śmieszne, odstające uszy i długi nos. Podszedł, gdy siedziałem z J. w kawiarni,na Rynku, w Kazimierzu. Na dworze było juz ciemno, a ciepły kwietniowy wieczór dobiegał końca. Na stoliku stały dwie szklanki piwa - jasnego (moje) i ciemnego. Chłopiec pojawił się jakby "znikąd", ze słowami. - "Proszę pani, ja potrzebuję pieniędzy na bułkę ".
Mówił trochę dziwnym akcentem, nie potrafiłem go zidentyfikować. Sądzę, że był Polakiem.
Teraz, kilka dni po tamtym wydarzeniu, zaczynam się zastanawiać nad sprawami, które wtedy nie miały żadnego znaczenia. Nie potrafię w pełni oddać moich uczuć. Trudno przelać najgłębsze myśli na papier...
Kiedy wracam (...)
--- full text ---
Nocą lepiej słyszę i widzę punkty w przestrzeni,
gdzie niebo styka się z ziemią, tam ciepły oddech
jedyne miejsce aby wybudować świątynię.
Czwarta nad ranem wszystko jest złamane, żadnej pewności,
czy jasno jest zbyt ciemne i odwrotnie. W kuźniach kują losy,
by potem wgrać je w życie. W iskrach panuje chaos, krążą
dopóki pamięć się filtruje, jeszcze można wiele przypomnieć.
wtedy...
Byłem dużo młodszy niż dzisiaj. Wędrowałem brzegiem po obrzeżach powietrza, plażą szlifowaną ciszą. Czas nie miał pojęcia, że istnieje, a dzień się wdawał zawsze w ten sam wieczór. Przeżyłem kilka nieśmiałych burz, kilka piaskowych zapętleń z księżycem do świtu.
za pamięć...
Spojrzeniem rzuconym wstecz wymierzam odległość między możliwe i niemożliwe. Widać z bliska. Blednie krajobraz, a przecież mógłby być piękny. Na wschodzie, za szkłem, dwa światy rozdzieliła czerwona linia, nabrzmiała krwią jak usta,
które wykrzyczały pierwsze słowa. Z antypodów miłości wracamy zygzakiem.Dziwne, że nie śmieszy komiczny pęd. To wprzód, w tył, w to samo miejsce.
pytanie...
Chciałabym tylko wiedzieć jak mamy teraz rozmawiać,
a może zastaniesz by trzymać się za ręce mocniej niż wczoraj,
gdy rozchylały się usta, ramiona i oczy, a dłonie (...)
--- full text ---
Czas, południe na południu. Miejsce Bar Mleczny Pod Spieczonym Krokietem.
Czekamy na naleśniki popijając skwaśniałym kefirem z kefirka. Dialogujemy oczami.
nie patrz tak na mnie...
Nie! Kurwa, nie jestem pijany, ani naćpany. Wiesz co ci powiem. Ja, ja jestem artystą, stwórcą słowa lecz nienawidzę siebie. Mam wszystko co pozwoliłoby
mi stać się poetą, pisarzem ale nie mam ciała, jestem tylko zabłąkaną duszą. Czuję się jak prostytutka literatury, sprzedaję pomysły, które są mną.
wczoraj zapytłem siebie
Czy jest sens gryźć mur lub walić głową w chodnik,
z nieodbitych śladów łudzić plany na jutro? Wiesz, już umiem
rozmawiać sam na sam. Potrafię także zapamiętać przeszłość,
obudzić się wczoraj, zjeść z tobą śniadanie około północy.
wiesz...
Czasami śni mi się czas, on biegnie ja tracę oddech. Kiedy mnie już nie będzie, będę jeszcze jednym wspomnieniem, które pojawi się nieproszone, wzburzając twoje myśli, mieszając uczucia. Wiem, że jesteś ostatnio zbyt zajęta, a przerwy między nocami zbyt krótkie, ale nie martw się jakoś to do jesieni przeżyję. Bo miłość to krwiobieg, który pompuje życie w nasze dusze umęczone poszukiwaniem świętego Graala. Jej brak ograbia nas z nieśmiertelności, szpeci rysy, pokrywa patyną czasu. Zazwyczaj najpierw się (...)
--- full text ---
daleka noc
już nie pamiętam kiedy tamta
przelała się przez palce gdy przykryciem był
dziurawy księżyc bez kapelusza
chciałoby się wrócić tylko szlabany opadły
jak ręce gdy brakuje chleba
chciałoby się wydrapać spod powiek sen
tylko wytropić go nie można
naświetlona pamięć cykliczne myśli zbłąkane słowa
pomarszczone dni trzeszczą między zębami
szukam odbicia w białym suficie
chłodne poranki pukają do okien
blisko jest dzień zapomnienia
Joannie
Joannę poznałem na sopockim molo. Do dziś nie wiem, dlaczego właśnie mnie wybrała, by o wszystkim opowiedzieć. Wszak byłem jej obcy. Pytanie zostało we mnie do dziś i wiem, że nie uzyskam na nie odpowiedzi, a i ono samo straciło już na wartości.
To było jesienią 2007 r. Nazwałem tamten czas - z różnych powodów - rokiem sztormów, nie tylko morskich. Przyjechałem na Wybrzeże, by złapać wiatr w żagle przed zimą. Pogoda wypłoszyła wczasowiczów, tylko gdzieniegdzie rysowały się skulone postacie pensjonariuszy kilku sanatoriów. Od dzieciństwa uwielbiałem ów czas sztormów, zapach niespokojnego morza, a samotne spacery pozwalały przemyśleć parę życiowych spraw.
Tego dnia, jak zwykle po śniadaniu, poszedłem na molo i kolejny raz zobaczyłem kobietę z czarnym dużym psem. Siedziała (...)
--- full text ---
Biel blaknie od modlitw, lecz wystarczy wejść
i obmyć przyczyny by zasnąć w spokoju na wznak.
Niedopowiedzeniem zamkniętym między wschodem a zachodem,
przeżuwamy treść. Zanurzając dłonie w fikcję wyobrażeń, pod ciężarem nieba, nie bacząc na miejscowe i przelotne znieczulenia, wyciągnięte ramiona i szybsze oddechy, stanęliśmy w rozkroku, między piątą a trzecią.
choć tak trudno chcę kochać nie bacząc
na kolejne chwytanie za gardło
Wiedziałem, że tak będzie, martwe jutro, albo martwy punkt. Prawda spierzchnięta na wargach, wpółszeptu gdy czarne spotyka z białym, wtedy lepiej się schować, lub stygnąć, jak tuberozy o zmierzchu. Nie, nie chcę odchodzić, tylko kolory coraz chłodniejsze.
Prosisz - po-czekaj, dobrze, po-czekam na jesień, wtedy bądziesz blisko i przetrzesz oczy oddechem.
