Zmiana sposobu prezentacji
Zaczęło się jak zwykle, od kataklizmu. Wichura, gwałtowna fala powodzi albo rozjuszone tłumy przeciągające ulicami przewracały latarnie. Nie bardzo już pamiętam, pamiętam tylko, że patrzyliśmy z zadartymi w górę głowami na kołyszące się, pochylające i co raz to upadające latarnie. Mniejsze, z przedwojennymi lampionami rozbijały się o ogrodzenia, a te większe, nowoczesne, na wysokich słupach, czasami nawet siedmio-lampowe burzyły ściany budynków. Wszystko to wyglądało na prawdę groźnie i budziło trwogę, jak na Wojnie Światów. Czuję się jak lis w potrzasku, więc idę przed siebie. Zamieniam parę słów z gapiem obserwującym na uboczu całą tę sytuację. Rozmowa jakoś mnie uspokaja. Jest już zmrok, przemykam bocznymi uliczkami. Uwielbiam Warszawę, jest jak tajemniczy kot wylegujący się w promieniach słońca na zielonej trawie lub dla odmiany czarny, szwendający się nocnymi zaułkami podwórek. Dostałam telefon, że ciotka zaprasza na imieniny. Nie wiem czemu okazało się, że ciotka mieszka teraz zupełnie gdzie indziej. Bloki postawione były w jednej linii i ich podwórka tworzyły wielki spacerowy ciąg zieleni. Jaki dobry pomysł. Zwykle, jak wiemy, podwórka mają układ zamkniętych prostokątów i skutecznie dzielą przestrzeń. U ciotki panowało zamieszanie. Lepiliśmy pierogi z kapustą i grzybami, soczyste, pyszne. Wyszłam na spacer z psem. Zaciągnął mnie nad Wisłę. W tym miejscu Wisła była wielkości (...)
--- full text ---
A więc byłam tam, 22 maja, godzina 19:07, przed radiową Trójką na Myśliwieckiej. Mała uliczka wtopiona w zielone tereny Łazienek Królewskich, oazy wytchnienia dla Warszawiaków, dziś najeżona policją. Jak zliczyłam, dziesięć suk i kilka radiowozów. Byli wszędzie, wypasione młode byczki. Poza policją obecnych było paru dziennikarzy, sporo fotografów i po drugiej stronie ulicy tacy szarzy słuchacze jak ja, w zaiste skromnej ilości. Wielki protest, wielka sprawa i garstka osób.
Ludzie stali spokojnie, to miał być cichy protest milczący. Słuchaliśmy Trójki, Biedroń zamknięty w zwartym kręgu mikrofonów. Nic nie było widać ani słychać. Spokój. Policja w gotowości, jakby tylko czekała na znak. Nagle idą, zwartym rzędem, otaczają gromadkę dziennikarzy przed wejściem. Zaraz ich ścisną korowodem i oskarżą o zgromadzenie, jak to było na proteście przedsiębiorców. Otoczyli, spisują. Radiowóz z głośnikiem o mocy ogłuszającej, jak ktoś rzucił, do rozpraszania zgromadzeń, nadaje co chwila ten sam komunikat: „ Mamy stan epidemii. Osoby łamiące przepisy porządkowe narażają się na odpowiedzialność karną. Grupowanie osób jest zabronione. Policja wzywa osoby zebrane w tym miejscu do rozejścia się i udania do miejsc zamieszkania.” Ja się nie gromadzę, po prostu tu jestem. Wszyscy trzymamy bezpieczną odległość, w sumie miejsca jest dosyć, a osób nie za wiele. W powietrzu unosi się bezczynna (...)
--- full text ---
Życia nie pomieścisz w małym pudełku
Za tysiąc spacerów i ten ostatni
Za cztery łapy rozbiegane
Za wielkie serce zawsze na miejscu
Za charakter
Miliony chwil
Jak wiosenne płatki
Ziarnka piasku
Pęki promieni
I jedno życie
Wszystko za wszystko
Za to, że z nami byłeś
Kochamy Cię, Wicher
Życia nie zmieścisz w małym pudełku
Więc na wielki świat wyjdę
W tę cichą noc księżycową
Gdziekolwiek jesteś
(...)
--- full text ---
Moja stara lodówka
nocą przemierza odległe krajobrazy
pędzi przed siebie pogwizdując
i postukując radośnie
rano znów stoi na posterunku
mrozi, chłodzi
a nawet podświetla swoje wnętrze
by dać z siebie wszystko
- tak spieszy się
być wielkim
- może dlatego
wciąż tak szybko
mijają lata
* Życzę Wszystkim Wesołych Świąt Wielkanocnych :)
Na przygrobnych ławeczkach zasiedziałe
kopy śniegu odmawiały modlitwy.
Drzewa kwitły białym puchem.
Gdyby to był przynajmniej pierwszy, a nie czwarty kwietnia.
I ta aura szklanej śniegowej kuli.
*
Niedorzeczny kondukt nieznajomych ciągnął w milczeniu.
Poeci z dramatycznie odsłoniętymi czaszkami.
Ja w kapturze, na oczy, by nie widzieć, jak płaczą kobiety,
mężczyźni ze wzrokiem wszystkowiedzących, wszystkowiedzą lepiej.
Tyle razy opowiadał o swoim pogrzebie,
że teraz jego nieobecność na nim trąciła groteską.
„Miał schować się za jakimś drzewem i obserwować.” - rzuciłam z głupia frant.
- „Już sprawdzałem” - burknął Zbychu.
Nasze oczy spoczęły na czarnej urnie. Za mała, jak dla niego,
więc wbiliśmy wzrok w packi śniegu na czubkach butów. Boleśnie.
Ręce w przemokniętych rękawiczkach i stopy chyba krwawiły.
Deszcz ze śniegiem. Plucha.
(...)
--- full text ---
przy pomniku powstania warszawskiego
w satynowo-białym bandażu kory
z rozwichrzonymi witkami
młoda brzoza stoi
W ogrodzie pełnym mieczyków - Mieczysław
miał zwyczaj przyglądać się pani Wandzie - na werandzie
Zwyczaj, jak zwyczaj
o stałej porze w nadświdrzańskim ogrodzie
wyrasta wieczór i pan Mieczysław
niemo wpatrzony w werandę
na której co noc przepływa
milczący cień pani Wandy
A weranda, jak to weranda
w świdermajerowskich koronkach
melancholijnie wygląda
zarysu obejmującej się pary
i błyszczącego księżyca
nad obręczą splecionych ramion
Zmierzchy się atramencą i gwiazdy dają jazzu
a Miecio spośród mieczyków
nie daje się wyciąć z krajobrazu
powraca też cień pani Wandy
nieco już pochylony
w mglistym szalu werandy
(...)
--- full text ---
