Zmiana sposobu prezentacji
Przez 6 lat budowali mi przed oknem
nowe osiedle.
Jego mieszkańcy postawili
szlaban,
budkę z wartownikiem
i niczym średniowieczni
Anglicy,
od razu się odgrodzili.
Sprytnie wstawili furtkę,
aby mieć bliżej
na tramwaj i wyrzucać odpady do naszych
PRYWATNYCH śmietników!
Ale ci z mojego osiedla
zaspawali bramkę
i mieszkańcy getta
gonią na przystanek
dookoła dwa kilometry.
Tylko siedząc w pokoju
muszę mieć spuszczoną żaluzję,
bo CHUJE zaglądają mi
wciąż do środka.
W niedzielny poranek,
zaraz po tym,
jak Szpilka sprał Adamka
wyszedłem z psami na spacer.
Od razu natknąłem się
na uroczego młodzieńca,
od którego z dwóch metrów
biło wódą.
Ale,ale panie!
- zagaił -
przecież to są Yorki!
Moja mama ma dwa takie...
A pan wie ile to trzeba strzyc?
Ano trzeba
- odpowiedziałem uprzejmie-
inaczej łatwo je pomylić z ręcznikiem
albo wycieraczką.
Gdy skręciłem za blok
usłyszałem ryk odbijający się
od elewacji budynków:
YORKI SĄ THE BEST!
Poumieram sobie na raty,
bez patosu i form literackich.
Będę robił to samo co zawsze,
by dni poprzednie
nie straciły znaczenia.
Odchrząknięcie, charkniecie,
zgrzyt miażdżonej nogą puszki.
W podartym śnie osiedla
wyklinane niedomknięte okna.
Wyczekując świtu
martwię się tylko o trzy zdania prozy,
podzielone na strofy.
Moja łódź bezszelestnie dotarła do brzegu,
Charon bez słowa wskazał mi ląd.
Poszedłem wzdłuż plaży bez wiary,bez Boga,
obojętny na cienie i trupi swąd.
Wsłuchany w śpiew syren dotarłem do grobli
i przypomniałem sobie wnet,
o nieznanym uczuciu, co przez przypadek
za życie nie chciało przygarnąć mnie.
Stoję na skraju ostatniego brzegu,
skupionym wzrokiem lustruję dal.
Może ma miłość tu mnie odnajdzie
i już nie będzie tak bardzo żal.
Nie rozróżniam już kłamstawa i zła.
Relatywizm szarpie nerwy.
Głaskam resztki przeszłości,
nasłuchując szeptów przeznaczenia.
Nowy dzień wstaje,
jeszcze raz wyjdę w świat dziurawy.
W przedsmutku jesieni
wpatruję się w swoje dłonie.
Pomiędzy wiarą, a niewiarą – cisza,
której nie można wziąć do ręki.
Świat odpływa.
Czarny Wilk wraca do swojej nory,
jęczy głucho, leży bez ruchu -
jest bardzo zmęczony.
Kaftan lęku ogarnia jego ciało,
mur dzielący światy dziurawi mu duszę.
(...)
--- full text ---
Pewnie umrę w pół kroku,
zapewne czegoś niedokończe.
I to mnie okropnie wkurwia,
bo lubię być odrobiony.
(Tytuł oraz metafory zaczerpnięte z książki Krzysztofa Vargi- zachęcam do jej przeczytania)
Lawiruję pomiędzy słowami, a ciszą
i jestem trochę martwy.
Żyję pośród niemych płyt, książek i zdjęć
w świecie, gdzie dobro i piękno poszły na złom
jako pierwsze.
Podejmuję decyzje bez przekonania i radości,
czasami kontaktując się z internetową rodziną zastępczą.
Niekiedy głupie myśli stroję w metafory.
Muszę uciec z własnego departamentu koszmaru.
