Diachroniczność

DIACHRONICZNOŚĆ

I

Wszystko sztuczne. Jakby moją miłością miała stać się nienawiść. Czy to odpowiednie słowo? Cóż po słowach? Mawiają, że w ciszy odkrywa się miłość, ale ja odkrywam tylko nienawiść. Nienawiść z powodu chaosu, z powodu Natury - która jest kurwą. Poniekąd, dzięki jej kurestwu na chwilę mogę przybrać jakąś twarz. Spójrzcie - kwiat lotosu kwitnie na bagnach.

Ale i to jest nieprawdą, a przynajmniej nie moją prawdą. Może więc jeszcze szukam prawdy. Ale czym ona jest? Ponoć odkrywa się ją w milczeniu. A ja w milczeniu odkrywam nienawiść. Ale może to nie jest nienawiść. Może to milczenie tak intensywne, że aż bolesne, że przeżera wszystko swoim kwasem. Och, nie skalać się niczym, co nim nie jest.

Ale czy to nie gra szklanych paciorków, tylko podniesiona na poziom osobisty? Gra szklanych paciorków zainicjowana przez sierotę, którą chowano pod stołem i rzucano jej kości do ogryzienia? Sieroty, która dorosła wśród ekskrementów świata? Czytam właśnie o Hiobie, o, jakby raz jeszcze mi się coś zachciało!

Jest jakieś napięcie pomiędzy Baudelairem a Hiobem. Może wyniosłość, może milczenie. Baudelaire żył przed lustrem i milczał. Hiob tylko milczał. Ja nie byłem sprawiedliwy, bo lunatykowałem, ja byłem Kleistem. Zamieniłem się, przez lunatykowanie, w gówno. Baudelaire, Hiob, Beckett. Mogę być wyniosły, bo jestem słabszy od poronionego płodu. Tylko nie skalać się niczym, co nie jest mną.

Pokochać własne gnicie, bo prócz niego nie ma nic. Robakiem jestem i każde spojrzenie boli, bo czyż robak pragnie, by go oglądano? Czyż robak chce ekspozycji? Owinąć się czymś i sprawiać wrażenie, że mnie tutaj nie ma, odwracać uwagę, przemykać się. Ale nie ma we mnie odrazy do innych, dopóki na mnie zbyt przenikliwie nie spoglądają. Oni tylko przypominają mi, kim i czym jestem.

Ale i nie zazdroszczę im. Mam swoją cuchnącą mądrość, której w inny sposób bym nie zdobył. Pomyślcie, pragnąłem zostać świętym! Może pragnąłem piękna ponad wszystko inne. Wydawało mi się, że przemawia do mnie potężny Głos. Chciałem przepłynąć morze, by w ten sposób uwydatnić własne oddanie. Ale później przestałem Go kochać i stałem się tym, czym jestem. Nie starczyło mi, widać, Łaski.

Niczego nie kochać. Ani nie budować, ani nie niszczyć. Trwać. Trwać jak wypalona zapałka. Tak to teraz widzę. Owszem, myślę jeszcze o tym czy owym. Z mojego kupra wydobywają się gnojne wonie, które odurzają mnie na chwilę, a wtedy wydaje mi się, że rozumiem świat, albo nawet że to ja go, w jakimś stopniu, stworzyłem. Ale to mija, wszystko mija…

Wszystko mija! Upada każdy możliwy świat! Upada moja wielkość! A ona jest jedynym, czego pragnę. Dlatego muszę być sam. Sam jestem taki, taki wielki! Największy! Najpotężniejszy! I wystarczy tylko szelest, czyjś skrzywiony wykrój ust, albo świadomość, że prócz mnie jest - choćby i na najdalszym biegunie - jeszcze ktoś… żebym upadł i stał się mniejszy niż łepek od szpilki.

Kiedyś próbowałem pojąć moich pobratymców, ludzi. Ale to niemożliwe. Są zwarci w sobie jak kule od bilarda. Nic mi nie mówią ich twarze, tembry ich głosów, ich historie, ich gesty. Jedyne, co w tej sytuacji pojmuję, to że w ich towarzystwie nie mogę być wielkim. Niesmaczyłoby mnie to, takie obnoszenie się ze swoją naturą olbrzyma. Albo też zbiliby mnie jak psa, bo jestem słabszy niż liść.

Skoro więc nie jestem zdolny ich pojąć, a przy tym sam cierpię na obcowaniu z nimi - mogę zaszyć się w swojej izbie. I tak wszystko zależy od humoru i wszystko mija. Szkoda. Niektóre rzeczy, niektóre chwile, niektóre twarze albo myśli - chciałbym zachować. To znaczy, zawsze jestem zdolny przywołać je w pamięci, ale, co by nie mówić, już w nie nie wierzę. Wierzę tylko w to, co jest tu i teraz. Nie w przeszłość

ani przyszłość. Tak po prostu mam.

Uszło ze mnie powietrze, flaczeję, zaczynam się bać, chce mi się płakać. Co teraz? Co dalej? Przez chwilę byłem taki, taki wielki! Mon Dieu, jak potężny przez chwilę byłem! Kiedy to pisałem i kiedy wierzyłem w to co piszę. A teraz, pomału, przestaję w to wierzyć. Jeszcze trochę wierzę, ale jakby coraz mniej. Nie, nie, nie! Co będzie zaraz?!

Odechce mi się wszystkiego. Przez jakiś czas będę ultra-solidarny. Będę rozważać Agape. Ale później ono mnie omdli. Agape jest odrobinę mdłe, na dłuższą chwilę. Zacznę wydziwiać. Machnę na wszystko ręką. Położę się do łóżka, myśli będą fruwać w mojej czaszce, żadna nie będzie prawdziwa ani fałszywa, po prostu będą, będę uciekał przed Istnieniem, ale nie w śmierć, bo nie mam po co umierać.

Przez jakiś czas będę czytał co napisałem, będzie się to stawało coraz bardziej mgliste, a ja coraz bardziej będę się bał, będę coraz słabszy, będę myślał nad każdą rzeczą pojawiającą się w zasięgu mojego wzroku i zastanawiał się - czy to ma sens, a jeśli tak, to jak to stwierdzić, skoro wszystko jest możliwe, ale też jest zaledwie w granicach błędu pomiaru, cała rzeczywistość, czymkolwiek jest, jest w granicach błędu pomiaru…

Może wrócę do Hioba. Będę czytał o Hiobie. Będę miał nadzieję na nienawiść, która nie jest nienawiścią, a milczeniem. Milczenie stanie się moją miłością, milczenie które przypomina nienawiść, ale może nią nie jest, może jest tylko milczeniem tak dobitnym, że przeżera najzupełniej wszystko, dlatego przypomina nienawiść, milczenie jak wybuch Supernowej.

Ale potem pomyślę - och, przecież to tylko uczucia. Zacznę odganiać się od wszystkiego, zrezygnowany, zrozpaczony, bo wszystko zawiodło, wszystko zawiodło, wszystko zawiodło! Będę zapadać się w mrok. Ale to mnie znudzi. Może spróbuję wystrugać jakąś skromną rzeziebkę z mojego miałkiego umysłu. Będę szukał czegoś, w co mogę wierzyć, czymkolwiek by to nie było. Muszę w coś wierzyć, w cokolwiek!

W coś zszytego na moją miarę, w coś, w czym mogę się odnaleźć. W tyle rzeczy wierzyłem! Wszystkie zawiodły, wszystkie zawiodły, wszystkie zawiodły! Na razie jeszcze jestem szczęśliwy, na razie jeszcze jestem olbrzymi, ale co będzie zaraz? Boję się nadchodzących chwil. Och, boję się, bo w nic nie wierzę, w nic na moją miarę, bo jestem mniejszy niż łepek od szpilki.

Zobaczymy. Najwyżej pójdę spać.

Kiedy zniknę - nic nie będzie już miało znaczenia. Nie będzie głosów i kolorów wyrzeźbionych w Istnieniu - które wszystko przyjmuje. Myślę czasem - o, tak, Panie Zastępów, nic mi się nie należy, wystarczy, że potrafię myśleć. Może nawet zasłużyłem na piekło? Może i piekło lepsze jest od nieistnienia. Jeśli jednak zasłużyłem na piekło, to niech ono będzie takie, bym mógł w nim myśleć.


II


Z tyłu moich myśli żyją niebieskie kraby. Jeśli to coś znaczy. To po prostu wyobrażenie, które od jakiegoś czasu zaprząta moje myśli - naczelnie podczas zmęczenia. To jak wtedy, kiedy obudziłem się nocą, i wydawało mi się, że w moim sercu jest żelazny Ziggurat. Było to nieco męczące. Przyglądałem mu się z góry, wyraźnie odczuwałem jego ciężar i kształt. A jednak było to zupełnie bez sensu. Kolejny fantazmat.

Wstaję o 4tej nad ranem. O 10tej jestem już zmęczony. Moje czoło oplatają nerwowe myśli, nie pozwalając skupić się na rzeczach istotnych. Nadmiar napięcia powoduje sflaczenie, przy którym rozpuszczam się. Może to byłoby ciekawe z perspektywy biologicznej - zbadać, w jaki sposób przebiega tego typu dysocjacja. A jednak nie zajmuje mnie to tak bardzo. Wolałbym zejść w głąb, tam, skąd dobiega mnie ledwie słyszalny głos Ciszy.

Myślę jednak o czymś, co nazywam “seriami”. Serie to wydarzenia, które krok po kroku prowadzą do jakiegoś punktu węzłowego, przynajmniej z mojego punktu widzenia, albo z mojego nadania. Stłukłem szklankę, a to stało się sposobnością do rozmowy. Cóż z niej wynikło? Przez chwilę wydawało się, że coś wynika. Ale dzień minął i nie pamiętam już tego, albo nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia. To jakieś odrutowanie rzeczywistości, o którym nie wiadomo, czy do czegokolwiek - prowadzi. Jest to odrutowanie, które daje pewne pole ruchu, z którego wynika to czy co innego. A jednak nie wydaje się to szczególnie ważne. Może wśród dziesięciu piłek liczą się trzy. Albo też trzeba coś wybrać, o czymś zdecydować.

Wydaje się to dość zuchwałym pytaniem, a jednak trudno mi pojąć, dlaczego istnieje Świat. Tak myślę w nieszczęściu. Lata temu podziwiałem jego kolory i kształty. Teraz stał się rzutnikiem dla mojej melancholii. Dopóki nie zacznę się w to wgryzać - on jest. Przemawia do mnie swoją pamięcią. A jednak później pojawia się moje skrzywienie - pytam, po co to wszystko. Po co jedno, po co drugie, po co trzecie. Może jednak one są po coś, a pojmę to dopiero po jakimś tąpnięciu. A może one są po to, by przemawiać, nim jeszcze zacznę zadawać swoje śmieszne pytania. Może pewien rodzaj pytań do niczego nie prowadzi. Trzeba wżyć się w rzeczywistość, tak można by to nazwać. To jest możliwe, ale trzeba zatrzymać ten niezbyt mądry rozum. On jest przereklamowany, a może, kiedy posuwa się tak daleko, w ogóle jest formą ograniczenia. W niektórych wypadkach - nawet przekleństwa.

Jest w nim coś powierzchownego. Z jednej strony wydaje się, że przez swoje aptekarskie przeczulenie, może zbadać niejedno. Fakturę drzewa, rytm zdania, pochodzenie wyobrażenia. Ale później rozkręca się jak bicz i zwraca przeciw swojemu, jeśli mogę tak powiedzieć, właścicielowi. Plecie koronę cierniową obsesji. O niczym wówczas się już nie myśli, niczego nie jest się w stanie wziąć na poważnie, tylko to, żeby uciec przed jego wszechwładztwem, które wydobywa kolejne i kolejne fantazje z niebytu i straszy, zawodzi, to prawda, niekiedy śpiewa, niekiedy tryska fajerwerkami, a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że to woda na młyn zapomnienia o tym, co istotne, o Ciszy.

Kiedy tak zaczyna mamić, w nic się już nie wierzy, a tylko tańczy pomiędzy jego graficznymi wyobrażeniami rzeczy, którym należy poświęcić znacznie głębszą uwagę, znacznie więcej czasu, które nie godzą się na to, by pojmować je jedynie w szkicu wykonanym naprędce. Pojawia się tych szkiców kilka, kilkanaście, wywołują zgrzyt, chaos, dysharmonię. Wówczas człowiek buntuje się, wszystko jest koszmarem. Trzeba przeczekać, choć ma się ochotę z nim zatańczyć i wzbudzić coś, tak chyba należałoby to nazwać, awangardowego, coś wariackiego.


III


Panie. Ponoć poszukujesz mnie, czy tego chcę, czy nie. I ja szukam Ciebie. Lecz wiele rzeczy gubi się w nadmiarze. Prawdopodobnie wiele słów, które wypowiadasz, milknie w zgiełku mojego szaleństwa i roztargnienia. Ty wiesz o mnie wszystko. Ponoć i jesteś we wszystkim. Istnienie oplata się wokół Ciebie, a Ty je przenikasz. Zaznałem radości. Teraz zaznaję smutku. A Ty zawsze jesteś głębiej i dalej. Panie, być może zasłużyłem na piekło. Ty jednak jesteś w głębi milczenia i ciszy. Cóż może być w piekle? Tylko zgiełk. Demoniczność być może polega na ucieczce od samego siebie. Od faktu istnienia. Jest próbą zapomnienia, że się istnieje. Choć słowo istnienie ogranicza. Kiedy wyliczać jego znaczenia, staje się zgiełkiem. Kiedy być szalonym, kiedy tańczyć - odkrywa się Ciebie w tym karnawale. A jednak on męczy. Może sekret ludzkiego życia tkwi w harmonii. Jest karnawał, ale przychodzi czas na post. To wszystko przekracza mnie o rzędy nieskończoności. Dostaję zawrotu głowy. Każda kolejna godzina łamie rytm mojego dnia. Nie pamiętam o tym, co było rano, a chciałbym przy tym pozostać. Natomiast nie jest mi to dane. Ale może to wróci nazajutrz albo za kilka dni. Przebyłem tyle dróg. Może zbyt wiele. Może kiedyś zrozumiem. Może kiedyś ułożę z tego wszystkiego mozaikę albo wiązkę znaczeń. Snop znaczeń. Na tę chwilę to wszystko mnie przekracza. Nie odróżniam od siebie kolejnych bytów i zjawisk. Wszystko tańczy i wiruje. Może tak ma być. A może to z powodu mojej głupoty. Skoro to wszystko nieskończenie mnie przekracza, jak mogę twierdzić cokolwiek? Mogę tylko zamilknąć.


IV


Piękne cztery ściany. Kiedyś wydawało mi się, że chłoną moje myśli. Ale teraz to moje myśli chłoną mnie. Dla metafizyka rzeczy są po to, żeby były. Przeżyłem w ten sposób dużo czasu, ale zacząłem się zastanawiać - po co życie samo. Wyszło na to, że po nic. Czyż nie można by być tylko okiem, albo tylko myślą? Cóż z moim ranliwym ciałem, co z moimi bólami głowy, co z moim nadciśnieniem, co z wrogami czyhającymi na moje życie? Walter Benjamin powiedziałby, być może, że to ma wymiar historyczny. Że mam ranliwe ciało po to, by brać udział w różnych historyjkach. Myśli się oczywiście zaraz o religii. Tak, kiedy wyregulować swoje wewnętrzne prądy pod kierunkiem metafizyki, wydaje się, że to ma sens. Ale później się rozreguluje i są tylko wrogowie czyhający na moje życie. Nie ma bytu, nie ma historii, są tylko wrogowie czyhający na moje życie.

Jestem więc chcąc nie chcąc heretykiem. Uświadomiłem sobie jakiś czas temu, że moje zapiski krążą wokół dwu istności - piękna i bezsensu. Kiedyś usłyszałem słowo “Byt”, miałem naście lat, ono do mnie powracało, i zakochałem się w dowodzie Anzelma, choć z logicznego punktu widzenia nie przekonywał mnie. Uwiódł mnie również młodzieniaszek Rimbaud, jako możliwość jakiejś bocznej, może nawet dopasowanej do mojego temperamentu, drogi. Nietzschego uważam za utalentowanego, ale jednak idiotę. Może tylko ten spadek w postaci eksperymentu myślowego, od którego nie potrafię się odpędzić - prawda jest, ale jest tym samym, co wszystko inne, jest stosunkiem sądu do przedmiotu, tak jak miara litra wódki jest stosunkiem do kieliszka. Mógłbym tylko próbować zastanowić się, czy prawdą jest, że byt jest, czyli, czy jest piękno, a może nawet, czy jest sens. Tymczasem usłużni biolodzy każą mi wywodzić wszystko, co przez długi czas kochałem, od jakiejś małpy czy myszy polnej. Jeśli tak, jeśli bytu nie ma, jeśli jest małpa czy mysz polna, to najchętniej wsadziłbym sobie pistolet do ust. Cóż mi po tym wszystkim, jeśli tego nie ma.

Zastanawiam się nawet jak wywieść to czy co innego z empirii. Nie jestem filozofem, więc nie do końca wiem, jak. Ale jest coś takiego jak retoryka, albo sofistyka - pozytywizmu. Ja od zawsze mam ten bakcyl. Mając naście lat lubiłem dekonstruować. Dotyczyło to może naczelnie jakichś zjawisk społecznych, z którymi miałem do czynienia w rodzinie, a więc to standard. Ale później mój sceptyk birbant zaczął przenosić się na wszystko inne. Spójrz, jaki piękny, starodawny taborecik. Och, to po prostu kilka desek zbitych na krzyż. Miłość? Hormony które po paru miesiącach się wybuzują. Twarz? Nic za nią się nie kryje. Wiara? Kontrolowana psychoza. Literatura? Oderwana od rzeczywistości. Praca? Dla pieniędzy. Pieniądze? Żeby wygodnie być nieszczęśliwym. Życie? Przekleństwo.

A przecież i ja przyswajałem Doktrynę i szeptałem z drżeniem na wargach - w tej wierze żyć i umierać pragnę. Kiedy nabiorę entuzjazmu, owszem, wszystko jest Łaską, jak u Bernasosa, a może i Benjamina. Ale później spadam, i wszystko jest przekleństwem, jak u wielu innych. Więc to zależy od nastroju, jak u Heideggera. Być może wierzyłbym, gdybym miał więcej entuzjazmu. Mój przyjaciel Emil Cioran napisał niezwykłe zdanie - “moje życie jest dowodem na nieistnienie Boga”. A więc jest również coś takiego, jak argument z egzystencji, a przynajmniej jest retorycznie nośny, a przynajmniej dla mnie. Zakład Pascala retorycznie nośny dla mnie nie jest, bo jak to ktoś ujął - nie gra się w kości o Zbawienie.

I wszystko się zapada, zapada, biada, biada.


c.d.n.

Weronika
29 may 2026 at 13:49

Zgubny idealizm wiary w kwantyfikatory ogólne.

report

Sorrowhead (ex Cheval)
29 may 2026 at 15:10

Czy ja wiem? To raczej egzystencjalizm niż realizm.

report

Contact with us



Report this item


You have to be logged in to use this feature. please Register