`I
Wściekły był, miał wąs i wygoloną czaszkę. O, jakże był wściekły! Zapytałem go swoim zwyczajem: panie, o co chodzi w życiu? Odpowiedział - niby o wiele rzeczy, ale zbiorczo o nic. Z przybudówki woda leciała ciurkiem.
W młodzieńczych latach chciałem coś sobą reprezentować, więc przeżywałem załamanie nerwowe. Kiedy w Riders on the Storm The Doors usłyszałem szept podłożony pod głos Morrisona, pojawiła się w mojej głowie refleksja na temat wędrówki dusz. Fe!
Miło było mieć wąs, grzywkę i zmarnowane życie. Jak to kiedyś ująłem - to było złe, ale teraz przyjemnie się to wspomina. Nareszcie był to czas, w którym studiowało się żywoty świętych. W sanatorium do którego w końcu trafiłem, strałem się rozprogramować moją, jak ja to nazywam, czarną skrzynkę.
Myślałem, że zagra orkiestra.
II
Niekiedy chce się płakać. Zieleń miażdży. Krwawi kadr Wojtkiewicza. Kradną Dudę-Gracza. Nad czym chce się płakać? Nad tym, że ludzie nie czytają. Albo, że są smutni i złamani. Patrzę na nich, myślę, w końcu dochodzę do wniosku - głosować głosują, charakterni są, Mickiewicza znają.
Choć u Boehmego “na początku było zło”, to jednak “Światłość w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnęła.” Śnią się czasem jakieś piramidy, transportowce, miasta przyszłości, świątynie kapadockie. Skąd te sny? Pan nareszcie sprawia, że są rzeczy, które są, i nie ma tych, których nie ma.
Czytać, pisać. Dlaczego właściwie? “Myśleć jak człowiek czynu, działać jak człowiek myślący.” Jakże barwny jest świat, choć mógłby być odrobinę lepszy. A może to tylko okruch lodu w moim oku sprawia, że widzę ten cień, który jest we mnie. Przez okruch w oku widzę mój własny cień.
Coś krwawi. Mógłbym nawrócić się nareszcie, wyobrażam sobie, że wówczas nie miałbym żadnych trosk. A przecież nawrócenie nie ustaje, całe życie jest nawróceniem. Ale i tak trzeba złapać samego siebie za mordę, żeby nie oszaleć, żeby krew i ciemność nie eksplodowała z wnętrza głowy na ściany.
Choć, wydaje się, śmierć to wyzwolenie.
III
Słowiańska bachantka o nawet inteligentnej, choć melancholijnej twarzyczce, ubrana w strój jak z Larkina - brązowo-fluorescencyjny dres z lampasami i numerem na plecach. Nie wyglądała na lower-class.
Myślę - moje drzewa, moje Le Corbusiery, żółte i zielone, mój zapach skoszonej trawy i benzyny, w jakiś sposób święte panie sprzątaczki.
Co tam w odległym Rzymie? Co w Paryżu? Co pisze teraz Toussaint? Czy Bernhardt w ogóle jeszcze żyje? Czy błogosławieństwa w stylu papy Francisa w GER nie są czymś w rodzaju mleka?
Skoro chrzić mamy nawet komputery kwantowe, skoro dywagują o panpsychizmie, a całe Stworzenie jęczy i wzdycha? Niedawno sobie to uświadomiłem.
Napisałem kiedyś - “pragnąłem, by białe kwiaty zakwitły w korporacjach. Więc kwitną.” Później przeczytałem o tym u Julianny z Norwich i okazało się, że to Zielone Świątki.
IV
Coś uczyniło mnie ciężkim i milczącym, coś uczyniło mnie wroną albo krukiem, kra, kra! Polubiłem słowo - kwaśno. Irytację można przemienić w gniew, gniew w energię. Ale mówią mi, że trudno ze mną pogawędzić. Nawet nie to, że ubzdurałem sobie, że nie zwracam uwagi na pierdoły. Z resztą nie wiem. Świat mnie intresuje czy nie interesuje? Wyobrażałem sobie kiedyś, jak ja to nazywałem, rzeźbienie losu. Ostatnimi czasy na przykład wyskoczyły mi trzy plamki na prawej tęczówce. Pomyślałem, że dzięki jakiemuś rozstrojowi, być może, trzustki, wyglądam bardziej charakternie. A jednak mam dość łagodne spojrzenie. Mam po prostu zbyt piękne oczy. Choć moje źrenice wyglądają jak leje po bombie i niejednokrotnie unikają mojego wzroku. Z resztą nie wiem, czy ludzie garbią się na mój widok, czy po prostu chodzą zgarbieni. A może chcę siebie zmitologizować? Ale poniekąd, czemóż by nie? Choć, właściwie, jestem na to chyba zbyt stary. Wolałbym może jak najmniej o sobie myśleć. Paradoksalnie, w ten sposób zaimponowałbym sobie najbardziej. Z resztą, nie wiem.
V
Fotografować co się nawinie w tym strumieniu czasu. Czy to takie wielkie? Czy to takie ważne? Zależy od nastroju. Nawet jest tu trochę światła, jakby krypta została uchylona - dzięki mojemu wspaniałemu sanatorium.
Fotografowałem druty wysokiego napięcia, chaty w polu, krzewy, panoramę mojego miasta, kilka portretów. Ale, w moim wspaniałym sanatorium, pięciu osobom zaginął sprzęt. Oczywiście zdjęcia robiłem telefonem, co miało swoje zalety, bo przy zbliżeniu obraz rozmywał się, co dawało wrażenie.
Ale może to coś w rodzaju ofiary całopalnej. Należy prawdopodobnie przyzwyczajać się do utraty, a nareszcie i do umierania. Zdjęcia mam w pamięci, a i tak nikogo one nie interesują. Poza tym prawdopodobnie kiedyś zrobię nowe.
VI
Nerwowe, szare, sobotnie popołudnie. Co jakiś czas myśli się, czy nie spadną bomby. Małolaty wariują na Mefedronie. Ponoć za czasów Ancien Regime’u mężczyznę uznawało się za dojrzałego po odbyciu służby wojskowej i ukierunkowanego kształcenia. Dzisiaj mężczyznę uznaje się za dojrzałego w wieku 8śmu lat.
VII
Właściwie? Z perspektywy galaktycznej - możnaby już umrzeć. Świat męczy, bo jest głupi, męczą własne nawyki myślowe, z tego samego powodu. Ponoć jesteśmy bardziej w Niebiosach niż na ziemi, o czym zdają się przypominać porty Lorraine’a, które niekiedy widzę tu czy ówdzie. Dla Nietzschego z resztą, przynajmniej deklaratywnie, to życie
już jest życiem rajskim. A jednak biedaczyna z Fryburga, czy skąd on tam był, nie wziął pod uwagę pewnego drobiazgu - śmierci. Tak, Nietsche, wszyscy kiedyś umrzemy, i choć byłeś błaznem, to i ty wziąłeś udział w Danse Macabre, gdzie wszyscy jesteśmy równi.
Mawiają, że tam śmierci już nie będzie. Gerard Manley Hopkins, “W czasie choroby” - “swój instrument stroję”.
Reszta zresztą,
report
Reflektuję czym byłaby Skandynawia bez Lutra.
report