Zmiana sposobu prezentacji
Zmutowane witraże( fragment książki)
Agata zbladła, zupełnie nie wiedziała jak powinna się zachować.
- Jezus Maria! I co ja mam z tobą zrobić – pochyliła się i roztrzęsiona próbuje znaleźć puls.
- Gdzie on jest, do cholery… - widząc swoją bezradność zaczyna potrząsać Justyną.
- Wiem! Telefon, muszę zadzwonić na pogotowie! – mówiąc to głośno, zaczyna go szukać. W torebce panuje chaos, istne szaleństwo: wypchana jest starymi paragonami (każdy pognieciony jakby przeszedł przez rzeszę rąk), poniewiera się w niej kilka pomadek, oczywiście nieużywanych. Agata stosuje zasadę „mam i nie oddam”. Najcenniejszymi klamotami w tymże skarbcu jest przeterminowany gaz i niedziałający paralizator, którym uspakajała psa swojej matki, zanim owo wredne psisko wyzionęło ducha.
- Po jakiego diabła targam takie ciężary?! – zganiła się w myślach.
- No i masz! Nie ma! Kurw… - gdy słowa zaczynają być coraz ostrzejsze spostrzega iż zguba leży sobie spokojniuśko na kanapie.
- Jaki jest numer na pogotowie? Wiem: 987.
W iphonie słyszy chropowaty głos.
- Wojewódzkie zarządzanie kryzysowe, w czym możemy pomóc?
- Dzięki Bogu, że się dodzwoniłam, słyszałam, że linia jest idiotycznie blokowana, mam kryzys, w łazience leży moja kumpela, chyba nie żyję, możecie kogoś przysłać?
- To żart z Pani strony?
- Jezuuu żart? Przyślijcie kogoś, nie mam nastroju, (...)
--- full text ---
Zmutowane witraże( fragment książki )
- Mam pomysł. Co tak będziemy siedzieć bezczynnie? Doprowadź swoje zwłoki do stanu używalności, załóż coś wyjściowego, pojedziemy do Adama. Jak to mówią „ jeśli Mahomet nie może przyjść do ciebie, to ty idź do niego".
- Boże! Co ty pleciesz? – wypaliła Justyna.
- Okej, jakoś tak się mówi, czy to ważne? Weź prysznic i nie marudź.
- Niby jak, kiedy gaz wyłączyli!
- Znowu? Więc daruj sobie, nic się nie stanie. Możemy dzisiaj ogłosić Dzień trolla – Agata zanosiła się od śmiechu.
- To najlepiej jeszcze napiszmy ogłoszenie, by więcej ludzi wiedziało! Najlepiej w Gazecie Wyborczej i to na ostatniej stronie pomiędzy nekrologami, by rozweselić ewentualnych żałobników. "W dniu dzisiejszym mycie się jest nieobowiązkowe, a wręcz - niewskazane".
- Justyna! Wiem! Do Marszałka Sejmu złóżmy projekt ustawy, słyszałam że można - nazywa się... obywatelski? Tylko wiesz, jest jeden problem musimy zebrać sto tysięcy podpisów. I będzie kolejne święto w kalendarzu, dzień wolny od pracy.
- Co to dla ciebie, Agata, mówiłaś, że przed tobą i góry się rozstępują, więc do dzieła – wypowiedź skwitowała ironią.
- Nie śmiej się, jest to naprawdę świetny pomysł, dzięki tobie zrobimy coś pożytecznego dla ludzkości. Zobacz jak pracują posłowie, zbijają bąki a zarabiają dużą kasę nic nie robiąc, a my zupełniuśko za darmo! (...)
--- full text ---
Zmutowane witraże (fragment książki)
Agata szarpie za klamkę i wali pięściami w drzwi.
- Co się u ciebie dzieje? – wrzeszczy przeraźliwie. Krzyki obudziłyby nawet truposzczaka.
- Justyna! Do diabła, żyjesz? Wpuść mnie do domu, wiem, że tam jesteś.
Czasami nie mam pojęcia, po jaką cholerę przyjaźnię się z tobą. Martwię się, a ty masz wszystkich w dupie, owinęłaś się swoim światem, niczym kołdrą i dusisz nas obie.
Strach o przyjaciółkę jest silniejszy niż szyderstwo z jej strony. Nie daje za wygraną. Po paru minutach słyszy zgrzyt zamka. Justyna nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, w jakiej się znalazła, zacisnęła zęby, by nie odpowiedzieć złośliwie.
– Jezu dziewczyno jak ty wyglądasz? - chodzisz nago po mieszkaniu?
- A co? Nie wolno? U siebie jestem jakby co.
- Justynaaaaa…
- Co?
- Co, co! Zachowujesz się jakbyś była opętana przez demona… - Agata wymamrotała nieśmiało.
- Przyszłam, by ciebie z tego wyciągnąć.
- Z czego idiotko?
- No wiesz … nagle urwała, bała się, że ta znów zacznie drwić.
- Mów do diabła, przychodzisz, nie wiem po co, czepisz się jak zwykle, nie mając nic ciekawego do powiedzenia.
- Yyyy…
- A wiesz co się przydarzyło Adamowi?- Agata nagle zmieniła temat widząc jej wściekłość.
- Około północy zadzwoniła Martyna. Mówię ci, ale numer. Podobno Adam naćpał się i (...)
--- full text ---
( fragment książki)
- Chcę się kochać – a ty, jak zwykle przenosisz mnie do miejsca, gdzie cuchnie zgnilizną, a ściany pokrywa pleśń. Dotykam powietrza, oddycham starymi szmatami. Przewieszone przez sztalugi przypominają podniszczone obrazy, na które nie da się patrzeć - spieprzone życie. Dopasuj słowa do sytuacji, dodaj dwa do dwóch, a wyjdzie ci zero– kompletny brak obojętności.
Za chwilę zaczniemy przedstawienie, wejdziesz w mój umysł. Posiądziesz każdą myśl, zapomnianą i odrzuconą.
- Spójrz, Rafał - one nas obserwują, jakby chciały zapamiętać akt, który się za moment odbędzie - płomienie ogarniają moje ciało; - boli jak cholera, ale to nic. Chcę tego, pragnę.
- Ech… Rafał - mam wrażenie, że dosięgła mnie zemsta bogów (mówiłeś, że nie istnieje nic poza próżnią, albo wytworami wyobraźni, w której lęgną się stada kosmitów), więc jak wytłumaczysz rzeczywistość, która nas dopada? A może jesteśmy zakładnikami w zaświatach? Zesłano nas tu tylko po to by pozbawić wolności? Jeśli tak - uwolnimy się sami, gdy zdejmiemy maskę z umarlaka w trakcie kopulacji – choć przecież to awykonalne. Umierającym nie zakłada się masek przed śmiercią, bo i po co (odlewy post mortem również - niemodne od dziesiątków lat)? Nie przenoszą się potem do Wenecji, ani Rio de Janeiro; wieczny karnawał, czy nieskończony teatr nie istnieją.
- (...)
--- full text ---
"Gawrony bazgrały czarną kreską po fiołkowych obłokach jesieni" autor - Virginia Woolf
ciągle przemierzam nieosiągalne marzenia,
choć myśli zawładnęło choróbsko,
zwane różyczką.
pozornie były ze mną bawiąc latem,
nawet poczułam zapach fiołków. zastanawiające.
uzmysłowiły mi, że od dawna nie padało,
(...)
--- full text ---
jakbym powstała z chaosu, podnoszę się,
to znów upadam, zwijam z bólu
— zwierzątko prowadzone na rzeź
przybiera nieokreślony kształt neurotycznej
epidemii. nie mów,że to paskudna przypadłość.
rozrasta się
słyszysz? znów grają:
(...)
--- full text ---
Rozdział drugi
Znów zbliża się noc, wstrzymuję oddech, by nie poczuć smrodu, a przecież niedawno odnawiałam mieszkanie. Nie, nie staram się zamykać oczu, bo i po co, zawsze wracasz, przenikasz przez ściany, kładziesz się obok, pochłaniając wzrokiem, jakbyś chciał wyssać ostatnią kroplę krwi, zamienić w kokon i zabrać ze sobą do miejsca, z którego nie ma powrotu.
Unicestwić? Czy wskrzesić?
A przecież to ja pożądam twojej krwi, gdy wcielasz się we mnie jak wampir o wielu twarzach, stajesz się zwierzęciem, bestią która leży ze mną w barłogu.
Tylko dlaczego zawsze jest tak cicho? Znów mam ciarki, robi się niedobrze - mamroczę - a ty nic nie mówisz, nigdy nic nie mówisz. Cholera, chyba oszalałam.
Rano Justyna wstała bardzo zmęczona, a raczej przygnębiona majakami, które dręczyły ją każdej nocy. Nocy w których śni na jawie, zwijając się w kłębek jak mały kociak, bezradny, osierocony, z usuniętymi strunami głosowymi.
Do tego zlana potem z martwego morza, w którym nie sposób się utopić.
Gdybym tak mogła cofnąć czas, poprzestawiać nie tylko zegary - pomyślała smętnie się uśmiechając do jedynego lustra. Pozostałe porozbijała w napadzie szału.
Pamiętnego dnia zbierając kawałeczki potłuczonego szkła, dostrzegła zdjęcie. Pokaleczonymi dłońmi rwała je na strzępki, jednocześnie czując ból rozdzieranego papieru. Od tego czasu (...)
--- full text ---
Rozdział pierwszy
- Justyna! Justyna wstawaj! Wywłoko jedna, znów wylegujesz się w łóżku.
- Dość tego! – słyszę krzyk z drugiego pokoju. Przykrywam głowę poduszką
- Co za babsztyl! Ciągle wrzeszczy - syczę przez zęby.
- Któregoś dnia oddam cię do domu starców - jędzo! Albo uduszę! – bluzgam pod nosem.
Umieram. Każda sekunda przybliża cholerny ból głowy, zniewala, jest moim osobistym kochankiem z sadomasochistycznymi upodobaniami. A ty wrzeszczysz!
Mamroczę i przypominam sobie słowa paskudoty. Miała rację, trzeba było jej słuchać, gdy mówiła: nigdy nie mieszaj wódki z winem, bo roz... sobie umysł. Mimo bólu śmieję się na cały głos.
Agata, moja wierna przyjaciółka wpadła rozhisteryzowana na imprezę i się drze:
– Justyna oszpeciłam się, oszpeciłam, spaliłam włosy, susząc nad gazem.
– Wariatko! Nie przejmuj się i tak jesteś paskudna – wybełkotałam - w tej całej twojej urodzie tylko to, co masz na głowie i między nogami jest godne uwagi. Nic więcej. A twoja księżycowa twarz podnieca wyłącznie ślepców. Naćpanych kolesi lub nawalonych amantów - szydzę z niej.
No i rozwaliłam tym tekstem całe towarzystwo.
A ta głupia przyznała mi rację.
- Justyna! - słyszę coraz głośniejszy krzyk.
Z pokoju dochodzą dziwne dźwięki muzyki.
Nie! Nie wierzę, co to jest? (...)
--- full text ---
