Od świtu nie ma ucieczki, jak od niepokoju, po którym pozostaje
nie tylko wrażenie, że jednak Bóg nie przyszedł. Chmury
wzdęte od deszczu, jak kobiece orgazmy nad plakatem Chrystusa
uśmiechniętego, przyciągają tylko starych ludzi. I, tylko oni
splatają dłonie niby pętle, chociaż w różnych językach. Może to
najlepsza forma miłości, a może nie chce im się palić w piecach,
rzucać nieskończonych przywidzeń?
Córka wyrwana z łóżka najpierw po dziecięcemu płacze,
a później śpiewa: twinkle, twinkle little star, tylko po to,
by pozostało jakieś wspomnienie. Chwila, którą da się zrozumieć
jak zębową wróżkę z czerwoną kokardką w jasnych włosach,
po zbyt krótkim weekendzie.
z cyklu: Londyn
gęstniejesz mgłą dochodząc..
zgłoś
Ależ.
zgłoś
to piękne, gdy córka śpiewa z rana..
zgłoś
W istocie.
zgłoś
Śpiew dziecka, bezcenny...
zgłoś
Tak.
zgłoś
witaj, wiersz jak zawsze u Ciebie - unieruchamia na dłużej. nigdy nie rozpisuję się o mojej interpretacji tekstu, mogę tylko dać ślad że bardzo emocjonalnie odbieram ten Twój Londyn.... a styl w jakim piszesz, niezmiennie mnie fascynuje. pozdrawiam:)
zgłoś
Witaj. Doceniam, że czytasz, i mi o tym piszesz. Nie oczekuję interpretacji, właściwie dużo bardziej zależy mi na czuciu tekstów, a Ty to potrafisz. Dziękuję.
zgłoś
czy to nie fascynujące, ile potrafi zmieścić w sobie jedna chwila...
zgłoś
bez końca
zgłoś