|
| |
|
ALL WORKS
Poetry (109) Prose (3) Diary (57) Photography (25) Graphics (1)
Postcards (2) About me Friends (64) Collections (1) | |
Zmiana sposobu prezentacji
rozlany fioletem i czerwienią
po kwadratowym stoliku
konweniujący z rajstopami
idealna sukienka falująca wewnątrz
szklanego kształtu niczym jedwab upięty
na fasadzie szkoły tańca w moulin rouge
niespotykany bukiet zapachowy z naciskiem
na czarną porzeczkę czekoladę
z czarnym pieprzem i lukrecją
w porywach z piżmem
przepełniona czara
olśniewająca chwila
martwa natura uwikłany w nią czas
zatrzymany i to jest sztuką
zdążyłam w ostatnim momencie są
wszyscy prócz ciebie rozglądam się
nigdy się nie spóźniałeś marszczę brwi
szukam w pamięci aha oddałeś garnitur
do pralni a może to jednak korki przecież
widziałam no tak mogłeś nie zdążyć
jakoś tak podniośle w faceci w czerni
kobiety też nigdy razem nie bywaliśmy
w filharmonii słyszę organy zaczęło się
samozwańczy komitet organizacyjny
na scenie dziwne w butonierkach białe
kamelie skrzypce dwie gitary brakuje basu
luśnia tak ciepło wspomina to dobry mówca
ma praktykę codziennie na uczelni poznaliśmy się
w wieku jedenastu lat najpierw podstawówka potem
liceum muzyka nas połączyła i tak już zostało
tempo zawrotne pokonało wszystko nie potrafiłeś
wyrzec się swoich wartości nawet przed śmiercią
myślałeś o bliskich o nas patrz jesteśmy tu wszyscy
słuchaj przyjacielu dla ciebie gramy nasz utwór*
jak mogłeś nie przybyć na swój własny pogrzeb
*http://www.youtube.com/watch?v=tH2w6Oxx0kQ
Miałem przyjaciela. Przyjaciel po to jest, żeby spotkać się z nim. Więc jesteśmy tu my wszyscy, koleżanki, koledzy przyjaciele z V LO im. Ks. P. Ściegiennego, Szkoły podstawowej nr 2 z ul. Kościuszki.
świecie mój jak posprzątać ciebie mam
słońce próśb nie słucha turla się drogą
na zachód rozrzuca po niebie promienie
poczochrany dzieciak gra na grzebieniu
rzeka zakola maluje nie mogę sprostować
kaczeńce siadają skąd im wygodnie
wabić do siebie mgłę nierozłączkę
skroplona uczuciem błyszczy w trawie
ważka motyla goni kropkom biedronek lot
do nieba doradza radość błąka się po łąkach
bo przecież niczyja wiatr po drzewach włóczy
słowa myśli chowa głęboko w dziuplach iwy
czas przybywa w niewczasie
nie dam rady marna sprzątaczka
pójdę terminować
wiosenne porządki czyli jak przygotować miejsce pod rabaty milości
czucie potrzebuje nieco higieny
po co szukać brzytwy ockhama
u jakiegoś cyrulika odciąć się
od uczuciowego lenistwa choćby
przy pomocy sierpa księżyca
zagrać rzuciwszy na szalę warkocz bereniki
bogowie sprzyjać będą siódemka wybranką
krew znów zatętni zniknie chemia fizyka
zostanie jedna
ona królową wśród nauk
matematyka miłości
* dla Oli w wigilię urodzin - ciepło o Tobie myślę
wczoraj przegrałam robra choć ugrałam niewylicytowanego szlema
ty pisałeś w tym czasie artykuł dziś kolejny do którego robisz żmudne
wyliczenia ile statystycznie ludzi pracuje w niedzielę
wiem że szukasz sensu bo to zajęcie do końca świata
nie lubisz się nudzić
ja znalazłam sensik w ciepłej wodzie w wannie
i w twoim porannym uśmiechu
po tym jak wyszedłeś po angielsku
posprzątałam balkon ze śladów gniazdowników
wiosna
zadbałam również o ciebie żebyś znów tak jak w piątek
nie trafił na ostry dyżur
ugotowałam niedzielny rosół
chcę w sobie odnaleźć człowieczeństwo podobno oczy mówią
wszystko błękit mnie przeraża nie chcę więcej czarów chcę prawdy o sobie
oczka w rosole może choć one mi coś powiedzą
zamiast nich marchewka babcina miłość
pietruszka moja bezsenność
seler gest przytulenia taty w wigilijną noc
por ciepło rąk mamy
pęczek zieleniny poczucie humoru dziadka
jeszcze ziele zastępcze oko mojego ukochanego misia
aha i liść laurowy symbol dziecięcego zwycięstwa nad strachem
w noce pełne koszmarów z pobliskiej strażackiej sadzawki
przygotowałam też deser
karpatka dla moich pociech królową wśród (...)
--- full text ---
nudne spotkanie
nocą raut
nie możesz zasnąć
poczytaj swoją ostatnią książkę
znasz ją przecież na pamięć
albo pobiegaj
stoisz na końcu molo w międzyzdrojach
i krzyczysz do mnie pobudka
wokół nie ma żywego ducha
(nawet duch platona gdzieś przepadł)
mówisz
że piękne jest to marcowe słońce
tylko nieco mroźne
przytul je ode mnie
aha wykorzystaj instrumenty
służące do pomiarów temperatury
i połóż się wreszcie
zrobię pranie
może pralka znów wyleje
może nil wystąpi z brzegów
może niagarą dopadnie podłogę
światło rozlewa się po stole
w słoneczną afrykę
miłego dnia
czekając otworzyłam okno
noc okrywała prostujące się
źdźbła czułym gestem
dzień zaczerwienił się ze wstydu
przyłapany w bamboszach
tuż za wschodnim rogiem
słońce promienistym grzebieniem
czesało wiechy zeszłorocznych traw
młodziutkie kotki na wierzbach
czyniły sobotnią codzienność
miękką puszystą i ciepłą choć
przymrozek gościnnie wystąpił
teraz można już pójść na spacer
i uśmiechnąć się bo przecież
uśmiech nie ma dni wolnych
od pracy zgodnie z grafikiem
postscriptum
zostawiłeś na biurku kalendarz
(z trudem znalazłam w nim wolne miejsce
prostokątem zaznaczyłam termin na miłość)
i czterolistną koniczyną w dzbanie patryka
(oderwałam jeden)
zamówiłeś budzenie i kawę
(tak pamiętam im wcześniej wstanę
tym więcej czasu będę miała na odpoczynek)
jesteś taki zapracowany
uważaj na siebie
uwierasz groszku
dzięki tobie wiem
ze jestem kobietą
kto wie może kiedyś
zostanę
jesteś jeszcze taki zielony
wszędzie zaspy ścieżek nie widać
wkładam okulary bo biel razi oczy
na huśtawce usiadły wróble
coraz ich więcej panoszą się
z oparcia zepchnęły radość
ulepię gałki śnieg łagodzi
wszystkie wyostrzone uczucia
dosypuje delikatności subtelności
jednocześnie uwypukla odświeża
ukazuje ślady tańczących nut
niebieski blues na białej bluzce
rzadki to ostatnio nadruk
skrzydła orła robionego w dzieciństwie
dwie pary błyszczących oczu
przytulonych do siebie bałwanów
co będzie kiedy zabraknie słów
mówisz że one ubiorem maską
przecież ich więcej niż śnieżynek
dziwne pisarzem jesteś i
nie wierzysz w potęgę słowotwórstwa
pytając dłońmi podajesz deser
dwie marchwie
pierwsze śniadanie w roku węża
patrzę na ziemię z lotu ptaka kolorowe dywany o rożnych kształtach
przykuwają uwagę siłą ciężkości wprost proporcjonalną do zachwytu
głupota i pożądanie zniknęły chmury łaskoczą drażnią zaraz kichnę
na szczęście straszne ciśnienie chwytam palcami nos nie wiem dlaczego
ten gest hamuje falę wzruszeń chcesz na to patrzeć nie znoszę płakać
przy obcych chociaż jesteś dziwnie nieobecny a nie powinieneś bo przez
pół godziny nic nie widziałam wybacz zasnęłam lubię to w czasie lotu
milczysz bo usta masz pełne campari
posiniaczona spojrzeniem wyrzucam kawał
mojej nagiej duszy na kolano nakryte serwetą
liczę marzenia na raz i na dwa mam nadzieję
że nie przytyjesz rzeczywistość jest wszystkożerna
Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło
walczę z czasem kradnę sobie sen mary ubrane
w kolory diagramów tańczą z chochołami przy ciszy
granej na trąbce szczekanie i ujadanie psów podkreśla
tabelki recytują nagłówki cyfry pieką pod powiekami
niczym rozpalone żelazo do wypalania piętna podmiot
zagubiony między liczbami choć one przecież wszystkim
przybywasz ze saby uśmiechasz się podajesz dłonie
przepustkę do świata żywych na moście golden gate
obiecujesz spokój w alcatraz wygraną w ruletkę
w golden nugget nowe skrzydła w mieście aniołów
promienne pieszczoty w miami beach ukołysanie
bale na carribean princess i spadającą gwiazdę
przepraszam że nie doceniam i nie mam czasu
delektować się oczekiwaniem jeszcze parę dni
a wynagrodzę zatańczę boso na piasku ubrana
tylko w miłość przepasana nadzieją z wachlarzem
wiary w ręku zobaczysz jeszcze światło w oczach
zabierz okulary słoneczne nie chcę by poraziło
nie wrócę na wschód tą samą drogą
mam nadzieję że zdążę na samolot
przecież wiem że to nie autobus
nie czujesz
uśmiecham się
* ks iz 60
Chwała odnowionej Jerozolimy
