21 february 2011

21 february 2011, monday ( poezja )

Może kogoś to zainteresuje, w każdym razie z jakiegoś powodu muszę to napisać.
Czytam ostatnio trzy książki: Przerwane życie – Pamiętnik 1941-1943 Etty Hillesum, Poezja jako doświadczenie Philippe’a Lacoue-Labarthe,a oraz Godot i jego cień – Antoniego Libery. Mój przyjaciel mówi, że nie należy ufać tym, którzy nazbyt dobrze i płynnie mówią o swojej poezji, dlatego do wyrażenia moich przekonań na temat poezji posłużę się przykładem i cytatem. Zacznę od ostatniej z wymienionych pozycji. Motto książki Libery (która w całości jest bardzo dobra) zawiera dwa fragmenty, pierwszy pominę, ponieważ jest powszechnie znany i odnosi się do Godota, który mnie teraz nie zajmuje, drugi odnosi się do poezji. W rozmowie z Martinem Esslinem Beckett stwierdza:

"Siadam nad pustą kartką papieru i skupiam się. Aż słyszę głos i wtedy go zapisuję. Dopiero potem zaczynam to redagować, dopracowywać stylistycznie itp. Zasadnicze jednak jest to, co wydobywa się ze mnie i co zdołam usłyszeć. Nie mam pojęcia, co to jest".

Dodam, że książkę Libery kupiłem z niejakim zażenowaniem za cenę 36,90 zł. Pomyślałem: „Jeżeli chcesz być egzystencjalistą, zapłać. Żyjesz w kraju drożejących książek, umierasz w kraju drożejących ubranek dziecięcych”. Ale do rzeczy. Beckett mówi o wewnętrznym głosie. Nigdy nie zdarzyło mi się zaczynać wiersza od pustej kartki, zawsze najpierw „coś się dzieje”. Co nie znaczy, że nie próbuję, ale nie są to dobre próby. Miło by było po prostu siąść i pisać, ale tak się nie dzieje. To się zaczyna zawsze od nieoczekiwanego zdania. To się zresztą zaczyna przeważnie wtedy, gdy nie mam przy sobie niczego do pisania. Wtedy należy zapamiętać zdanie, nastrój, i pobiec do komputera. W moim przypadku biała kartka do niczego nie prowadzi, moją kartką jest strona Worda. Wiersz muszę wstukać. Co nie znaczy, że nie próbuję „pisać”, ale efekty tych prób są mizerne. Nie znaczy to także, że zaraz po wstukaniu puszczam tekst w obieg publiczny, na ogół leży przynajmniej dobę, czasem dłużej. I jeszcze dłużej. Ale do rzeczy.
Philipe Lacoue-Labathe, w swoim komentarzu do wierszy Paula Celana (który w całości jest raczej interesujący, ale bez przesady) zapisuje jeden istotny akapit:

"Jeśli „doświadczenie poetyckie” nie istnieje, to po prostu dlatego, że doświadczenie jest właśnie brakiem „przeżycia”. Dlatego właśnie można mówić w sensie ścisłym o e g z y s t e n c j i poetyckiej, zakładając, że egzystencja jest tym, co niekiedy zieje dziurami w naszym życiu, co dziurawi je i rozdziera, wyrzucając nas momentami poza nas samych. Dlatego także, wobec ukradkowości i nieciągłości egzystencji, wiersze to twory rzadkie i nieuchronnie krótkie, nawet wtedy, gdy rozrastają się, usiłując zażegnać utratę lub zanik tego, co wymusiło ich zaistnienie. I dlatego też nie ma z konieczności niczego wspaniałego w poetyczności i niesłusznie na ogół utożsamia się poezję z celebracją: w największym banale, beztreściowości, może nawet frywolności (w którą od czasu do czasu lubił zabłądzić Mallarme), można znaleźć ową czystą – przeczystą niezwykłość, d a r n i c o ś c i, lub ów p r e z e n t n i c o ś c i, jak się niekiedy mówi o nic nie znaczącym upominku: takie tam nic. Bo też nigdy nie jest to coś, jest to bowiem n i c: lichota, pozbawiona jakiejkolwiek wspaniałości, przeraźliwa; albo równie dobrze wzruszająca radość. Gdy Hölderlin „oszalał”, ponoć w kółko powtarzał: „Nic mi nie jest, nic mi nie jest”".

Uznam, że powyższy akapit nie potrzebuje komentarza. Etty Hillesum natomiast zanotowała w swoim Pamiętniku (zresztą świetnym) taki oto fragment:

"Ktoś taki jak Dostojewski ciągle mnie wykańcza na różne sposoby. Naprawdę powinnam być trochę mniej skomplikowana, pozwolić sobie trochę pożyć. Nie muszę znać już teraz plonów mojego życia. Znam na to lekarstwo. Muszę kucnąć na podłodze w kącie i tak zatopiona w sobie, wsłuchiwać się w to, co we mnie gra. Przecież myśleniem nigdy nie rozwiążę swoich problemów. Rozmyślanie jest pięknym i szlachetnym zajęciem, kiedy studiujesz, ale nie pomoże ci wydobyć się z posępnego nastroju. W tej sytuacji konieczne jest coś innego, musisz być pasywna i wytężać słuch, aby odzyskać łączność z małym fragmentem wieczności (godz. 9.00, 5 września 1941 r.)
[…]
Słyszę w sobie moją małą melodię, która czasem bardzo tęskni za tym, by ubrać ją w odpowiednie słowa. Jednak z powodu braku wiary we własne siły, lenistwa – i nie wiem już czego jeszcze – ta melodia nadal „siedzi” we mnie stłamszona i straszy wokoło. Niekiedy drąży mnie aż do dna, to znów wypełnia bardzo miękką i rzewną muzyką.

Od czasu do czasu chętnie poszukałabym azylu dla tego, co tkwi we mnie, a zawiera się w paru tylko słowach. Jednak nie widzę żadnych słów, które chciałyby udzielić mi schronienia. Tak, właściwie o to chodzi. Poszukuję dachu nad głową, ale dom, w którym osiądę, muszę sama zbudować, wznieść w pocie czoła kamień po kamieniu. W ten sposób każdy pragnie stworzyć dom, ostoję dla siebie, ja zaś szukam jak zwykle kilku słów (godz. 9.00, 20 października 1941 r.)".

Etty Hillesum pisze o wewnętrznej melodii, która dąży do werbalizacji. Sama melodia nie wystarcza, wtedy najlepiej zamilknąć i czekać, a co dopiero jeśli nawet melodii nie ma. Potrzebny jest trans – wszystkie powyższe opisy „doświadczenia poetyckiego” dotyczą tego transu. Czasami próbuję się mimo wszystko zmusić do pisania, co kończy się zawsze porażką. Żeby pisać wiersze trzeba posiąść umiejętność zamilknięcia, synchronizacji z głęboką ciszą, z brakiem wewnętrznego głosu, wtedy jest szansa, że on zabrzmi ponownie. W skrócie: wiersze piszą się same, zadaniem poety jest korekta.
To wszystko potwierdza mi, że droga poezji jest tylko jedna, i wiedzie przez osobistą głębię, która od czasu do czasu daje głos. Na razie tyle, nie wiem zresztą, czy pozostaje tutaj coś więcej do zapisania, poza tym głosem.



other diaries from: 21-02-2011 ,

Terms of use | Privacy policy | Contact

Copyright © 2010 truml.com, by using this service you accept terms of use.


contact with us






Report this item

You have to be logged in to use this feature. please register