Zmiana sposobu prezentacji
Wersja robocza jednego z rozdziałów mojej książki
Wersja robocza jednego z rozdziałów mojej książki. Jestem ciekaw Waszej opinii.
_______________________________
Po ostatniej kłótni z Martą powinienem się czuć winny, ale jest inaczej. Jestem mocno wkurwiony jej podejściem do całej sytuacji. No dobra, może i zawiniłem, może wyszedłem na aroganckiego dupka, olałem ją, ale jak mam być szczery to ratowałem tylko swój tyłek. Pierdolić! Chuj z tym! Jestem, jaki jestem i nikomu nic do tego! Jednego tylko nie potrafię zrozumieć. Dlaczego nie stanęła po mojej stronie? Wie doskonale, do czego zdolny jest Amadeusz, chronicznie go nie trawi, a pomimo to, broniła jego! Dobra, rozpierdoliłem jego związek, ale przecież nie specjalnie. Chociaż? Mniejsza o to. To miał być tylko żart, może głupi, ale jednak żart. Skąd miałem wiedzieć, że wszyscy podejdą do tego tak poważnie. Dostałem po mordzie, i kwita. Mam wrażenie, że Marta zapomniała jak Amadeusz niemal wpełzł jej do łóżka, jak świadomie lub nie miała z nim romans, jak Krzysiek kazał jej spierdalać, gdzie pieprz rośnie. Pocieszałem ją prawie przez miesiąc! Kurwa, jebany miesiąc! A ona teraz tak się zachowuje. I to ma być przyjaciółka?
Dochodzi dwudziesta, nawet nie zauważyłem, kiedy mi dzień zleciał. Usiłuję przestać roztrząsać całą tą popieprzoną szopkę i wychodzę do klubu. Dzisiaj nie powinno mnie tam być, ale w domu nie zostanę. Zakładam czarne rurki, (...)
--- cały tekst ---
Dochodziła pierwsza w nocy, Jessica nie mogła zasnąć. Męczyły ją obawy, wyrzuty sumienia, lęk przed tym co może nadejść. Wstała z łóżka, podeszła do niewielkiego stolika stojącego w rogu pokoju i zapaliła papierosa. Moc nikotyny daje ułudę spokoju. Kobieta krążyła nerwowo po pokoju wypuszczając kolejne chmurki papierosowego dymu. Telefon leżący na komodzie zaczął wibrować. Jessica aż podskoczyła.
– Halo? – powiedziała cichym, niepewnym głosem. W słuchawce cisza. – Halo? – powiedziała głośniej.
Głuchy telefon powtórzył się tej nocy kilkukrotnie. Jessica paląc kolejnego papierosa i pijąc whisky z lodem usiadła w wielkim, welurowym fotelu. Telefon odezwał się ponownie...
– Halo? – powiedziała już na granicy załamania nerwowego, a histeri.
– Wiem co zrobiłaś. Nie wywiniesz się.
– Kto mówi. Nie wiem o czym mówisz człowieku – wykrzyczała zbyt nerwowo.
– Zginiesz. – Rozmówca rozłączył się.
Kobieta odrzuciła telefon na dywan. Wstała i nalała sobie więcej alkoholu. Po krótkim namyśle, postanowiła zadzwonić na policję. Nie zdążyła. Ktoś dobijał się już do drzwi jej apartamentu. Chwilę później runęły na podłogę, a do pokoju wtargnął mężczyzna z bronią w ręku.
– Ostrzegałem cię, żebyś siedziała cicho! Ostrzegałem.
– Proszę! Nieee! Nieeeee!
Kobieta usłyszała pstrykanie (...)
--- cały tekst ---
– Gdzie jesteś El?
Elizabeth nie mogła wydobyć z siebie nawet szeptu, jakby niewidzialna ręka uciskała jej szyję. Krzyki ucichły. Budynek szkoły ogarnęła przerażająca cisza. Elizabeth ostatkiem sił podniosła się z krzesła i trzymając ścian dotarła do gabinetu dyrektora. Jego bezwładne ciało spoczywało na fotelu, a puste oczy wpatrywały się w zasłonięte okno.
– Gdzie jesteś El? – głos kobiety stawał się coraz głośniejszy.
Elizabeth dostrzegła kobietę, która wykrzykiwała jej imię. Stała cała we krwi, wpatrując się w Elizabeth.
– Ja nie chciałam. Nie chciałam, rozumiesz? To był wypadek. Wypadek. Wypadek...
––––––
– Nathanie! Ostrzegałam cię! – powiedziała siostra Davisa.
– Wiesz przecież, że nie miałem innego wyjścia! Ona by mnie zrujnowała. Nie, nie mnie, nas!
– Teraz sam nas zrujnowałeś! Ciebie zamkną, a mnie będą palcami pokazywać.
– Nie zamkną. Nie zamkną.
Nathan Davis, właściciel apteki, miał nieskazitelną opinię. Mało kto wiedział o jego ciemnych interesach i machlojkach. Miał w kieszeni kontrakt z dużą firmą farmaceutyczną, ale jego żona postanowiła popsuć jego plany i wyjawić wszystkie skrzętnie skrywane przekręty. Nie zdążyła.
– A co powiesz ludziom? Przecież zauważą, że zniknęła! Nie ukryjesz tego!
– Powiem, że wyjechała. Nikt nie będzie (...)
--- cały tekst ---
List ten otrzyma Pani jutro i mam prośbę do Pani: proszę odłożyć go do wieczora, do chwili naszych spotkań. To nie jest list, to słowa na głos, mówię je Pani, a nie piszę.
Jest pora na te słowa!
O niejedno w moich wierszach nieświadome, uprzedzone; tak bym chciał, abyś znała i rozumiała moje wiersze. Kiedy to się stanie?!
A więc proszę włożyć list z powrotem do koperty, uwagę swą – z powrotem – w Dogmat. Dzień – pora rzymskich praw, noc – rajskich. (Każda udana gra słów – głęboka prawda!)
I oto w chwili rajskich praw, a może ziemskich... (Co – być może – nie mniej...) Tylko piekła nie trzeba, gdzie wszystko się spala.
_____
Ukochana Przyjaciółko,
Odczytuję na nowo dzisiejszą noc i nanoszę na nią następujące poprawki. Początek, a nie koniec (jedynie, gdzie koniec powinien być!), nigdy nie koniec, lecz zawsze początek – oto cała dokładna prawda o moich minionych dniach i latach, i myślę, jedyne rozwiązanie mojej wzmożonej samotności w miłości.
Przecież i muzykę słuchając (a tu ogromna odpowiedzialność!) oczekujesz zakończenia (pozwolenia) i nie otrzymując go – nudzisz się. (Nuda – cały Skriabin!*) Nie mogłem, muzykalny z założenia i być może w swoim planie bardziej muzykant niż poeta, nie nudzić się. Lecz dlaczego nigdy nie: „Poczekaj”. O, nigdy, prawie na końcu, za milimetr sekundy przed czymś – (...)
--- cały tekst ---
Biegła przez ciemny las, potykając się raz po raz o wystające z ziemi konary drzew. Uciekała. Przed czym? Nie wiedziała. Jakiś wewnętrzny głos niemal zmuszał ją do ucieczki. Niczym spłoszony koń, gnała przed siebie ile sił w nogach. Na szyi czuła obcy oddech, który paraliżował jej wyobraźnię. Nogi niosły dalej i dalej. Las stawał się coraz gęstszy, coraz ciemniejszy. Z oddali słychać było wilki. Wyły przeraźliwie. Siły odchodziły, biegła coraz wolniej. Miała wrażenie, że drzewa chcą ją zatrzymać, oddać w ręce niewidzialnego prześladowcy.
Dostrzegła jedyne jasne miejsce, które zdawało się mówić "szybko, skryj się". Blask księżyca stawał się coraz jaśniejszy, ale z każdym jej krokiem, miejsce to oddalało się. Oddalało i oddalało bez końca. Oddech na szyi stał się silniejszy i bardziej wyraźny. Coś dyszało, mruczało... W jednej chwili znalazła się w miejscu okrytym blaskiem księżyca. Była bezpieczna. Czy na pewno bezpieczna? Tajemniczy ciepły oddech zanikł. Wykończona ucieczką dziewczyna, łapczywie łapiąc powietrze padła na kolana. Usłyszała wycie. Wilk był blisko. Za blisko. Zobaczyła jego świecące oczy. Skoczył...
– Dante! Złaź ze mnie! – krzyknęła do psa, który wskoczył na nią i wyrwał ze snu.
– Już czas – powiedziała kobieta.
– Zaraz – odpowiedział chłopak.
– Siedzenie tutaj nic ci nie da.
– Zostaw mnie.
Siedemnastoletni Kuba mieszkał wraz z rodzicami na warszawskiej Sadybie. Na pozór normalna, kochająca się rodzina. A za drzwiami? Ojciec alkoholik, matka żyjąca pod jego dyktando i Kuba, który nie radził sobie z tym wszystkim. Miał cel. Po skończeniu osiemnastu lat znaleźć jakąkolwiek pracę i wynieść się z tego domu. Miał przyjaciół, znajomych i tylko dzięki nim jakoś się trzymał.
W szkole wyzywano go od ciot, pedałów... Na osiedlu starsze panie wskazywały go palcem, sodoma i gomora, że grzech, że..., a lokalna młodzież (dresy) nie przebierała w środkach. Opluwano go, czasami oberwał w twarz, czasami w brzuch. Chłopak nie radził sobie również ze swoją seksualnością. Z jednej strony się z nią pogodził, a z drugiej nie wyobrażał sobie tego, co powiedzą rodzice, gdy się dowiedzą. Bał się. W szkole zasięgał porad pedagoga i psychologa, lecz i jeden i drugi zasugerowali terapię. Podda się jej i... będzie „zdrowy”. Bo przecież to zaburzenie, choroba... Można wyleczyć. Młody chłopak dusił w sobie problemy przez wiele miesięcy. W domu starał się unikać rozmów z pijanym ojcem, z matką było łatwiej... i tak nie obchodziło jej, co się dzieje z jej synem. Wolała siedzieć cicho i nie narażać się mężowi, który lubił podnieść rękę, a (...)
--- cały tekst ---
Gdy doczekał piątego dnia, wiedział już, że będzie to właśnie dzisiaj. Spełni się jego największe marzenie, ale czy rzeczywiście było ono marzeniem? Może tylko ułudą jego chorego umysłu? Może zamierzchłym wspomnieniem, o którym tylko on jeszcze pamięta?
Harry nie należał do osób, o których można było powiedzieć „szanowany obywatel”, ale nie pochodził też z patologii. Był gdzieś pomiędzy. Pomiędzy życiem a śmiercią. Pomiędzy piekłem a niebem. Pomiędzy jawą a snem.
Tkwił w swoim „czyśćcu” już od dawna bez najmniejszych nadziei na jego opuszczenie. Był na pozór niezauważalny, ale tak naprawdę, każdy doskonale wiedział, kim jest i jaka kryje się za nim historia.
Jego irracjonalne podejście do życia sprowadziło go do miejsca, w którym się znajdował. Strach przed codziennością, strach przed ludźmi, strach przed życiem, strach przed samym sobą. Bał się.
Czy miał kiedyś rodzinę? Zapewne, ale nie chciał o niej mówić. Niewiele mówił. W ogóle nie mówił. Porozumiewał się gestem. Nie porozumiewał się wcale. Nie miał z kim. Każdy go unikał. Omijali go. Dlaczego? Ze strachu? Z obawy o swoich bliskich? A może tak po prostu? Bo tak robią inni? Bo tak trzeba?
Harry zaprzyjaźniał się ze zwierzętami. Najczęściej tymi, które sam sobie wymyślał. Nie potrzebował wiele, aby być (poczuć się), szczęśliwym. Chociaż na chwilę, (...)
--- cały tekst ---
Stary, zakurzony zegar stłumionym dźwiękiem wybił północ. Kurz pokrywający meble, podniósł się i zaczął wirować niczym płatki śniegu. Brian wiedział, że nie ma już czasu. Zbliżył się do brudnego okna, odchylił ciężką zasłonę i rozejrzał się po okolicy. Nikłe światło latarni, nie pozwalało jednak dostrzec zbyt wiele.
Z obserwacji wyrwało go pukanie do drzwi. Podszedł do nich niechętnie i otworzył.
– Witaj Brian. – powiedziała skąpo ubrana, młoda kobieta.
– Wejdź.
Mężczyzna przygotował dwa kubki herbaty. Usiedli przy niewielkim stole, tuż obok okna. Kobieta wyciągnęła ze swojej granatowej torebki paczkę papierosów, położyła na stoliku, zapaliła jednego i podsunęła paczkę mężczyźnie.
– Jesteś na to gotowy Brianie? – zapytała tajemniczym i jednocześnie zmysłowym głosem.
– Tak Jessico. – powiedział niepewnie po czym zapalił papierosa.
– To dobrze. Wiesz, że nie zostało wiele czasu... – zawiesiła głos, prowokując go do dalszej rozmowy.
– Tak, wiem. A czy ty jesteś gotowa?
– Brianie. Tu nie o mnie chodzi. To wszystko ty...
– Nie rozumiem Jess...
– Nie musisz rozumieć! – przerwała mu stanowczo.
– Dobrze. Zdaję się na ciebie...
Kobieta skinęła głową, wstała zdejmując z siebie skąpe odzienie. Mężczyzna nie czekając długo, rozebrał się i wolnym krokiem podszedł do (...)
--- cały tekst ---
