Zmiana sposobu prezentacji
Leżał koło płotu. Bezwzględnie
martwy, choć wpatrzony w pospolitą
niesprawiedliwość, nad nim
muchy brzęczały egzekwie. Jednego
sierściucha mniej, znów przy śmietniku
chwilowy pustostan. Niby wszyscy
wiedzą kto, ale milczą wszyscy, morderca
kotów wciąż nieuchwytny.
Czasem dopada mnie we śnie wódka
bezalkoholowa, wtedy się budzę
i zaglądam do szafy, gdzie czeka
on, pędzony nocą, w nim
wszystkie księżyce, być może
poezja.
I zaczynam rozumieć, co miał na myśli
pewien stary Rom, gdy mówił:
Zetną cię, gdy się wychylisz,
więc siedzę nisko, pielęgnując własne
stężenia, nie czekając
na puentę.
Iwan Bezdomny już wie, że słowo
bywa na wiatr, a wiersz
nie jest wierszem
nawet między wierszami.
Więc nie wiąże mowy,
by wątek związać z puentą,
gdzie diabeł miesza
w zmysłach.
Tylko czasem,
gdy pełnia,
coś cicho tęskni.
Oto dokonał siódmego żywota
i słońce zachodzi mu w ślepiach
ulicą jak bramą w nowe światy
horyzontalnie
z przetrąconym grzbietem
zanim uprzątną samotworzy się
obraz martwa natura z listopadem w tle
możliwe że był poetą
w poprzednim wcieleniu
* * * [Miasto jest ogromne...]
Miasto jest ogromne
i dzikie dymi w nim
świt gdzie spojrzeć piętrzą się
święteprawdy
teżprawdy
gównoprawdy
do wyboru na potrzebę
chwili gdy stoisz pod ścianą
miasta które jest ogromne
i dzikie a kamienie śpią
śniąc pochód mamutów
ku zagładzie
Ile jeszcze słów
niedbałych próśb
w sumie po nic
te gesty próżno
w próżni ściana
i sen a wszystko to samo-
-bóje z zaokiennych
zwątpień gdy wracamy
nabrani na na-
dzieje naszych klęsk
powszednich.
Kto stąd odleci, nie wraca, chyba że po resztki
samego siebie, podobno lustro pamięta
ostatnie odbicie
od dna – do dna – na pohybel. Tylko noc
wszędzie tak samo
pełza po ścianach, pod poduszką
wódka zamiast snów.
Za oknem minus cztery i spada, na asfalcie
dreszcze, elektryczne pięciolinie bez ptasich
nut, to tylko zmierzch i wieczorne requiem, lek
na lęk we śnie.
Przed oknem plus trzydzieści osiem i rośnie, na szybie
refleksy, światło gra własną melodię, ta niepokorna
myśl ukryta w pauzach, a wszystko z miłości
do ścian.
nie lubię poetów internetowych
wyciągnięci z szuflad spleśniałych
od wyznań zeszytów
pod pozą oryginalności
pompują frazes i wstyd
nie lubię poetów papierowych
przekonani o wielkości
obnoszą zadrukowane strony
które interesują jedynie im podobnych
lub cichą zemstę natury - Lepisma saccharina
lubię poetów nikomu nie znanych
gdy w bramach niagara
czyści nam mózgi albo z ręki do ust wędruje
czerwona kartka związując nas braterstwem
krwi i etanolu do pierwszego delirium
Mają twarde głowy i wielki
apetyt, więc starannie warzą
słowa, aż zmiękną. A gdy już
zjedzą wszystkie
rozumy i popiją piwem dolnej
fermentacji, zaczną siać
ferment pod firmamentem, burząc
święty spokój.
