Zmiana sposobu prezentacji
Jeśli nie leżeliście jeszcze z nikim na wysoko zawieszonym hamaku, nic nie wiecie o prawdziwym bujaniu.
/Przeklęta/
Podobno przeciwieństwa się przyciągają, ale oni przywarli do siebie
podobieństwami. Przylgnęli jak odbicie w lustrze do właściciela. Byli
symetryczni i komplementarni, i mogliby tak trwać, gdyby nie rysa, którą
dostrzegli któregoś dnia prawie równocześnie.
Może zawiał wtedy niespodziewanie wiatr i jedno z nich uniósł do góry. A
może spadł świeży śnieg i to drugie zapadało się w miękkim puchu o
wiele głębiej. Tego już nie pamiętają. Dość, że odkryli to, co
niezrównoważone.
I jeszcze coś - że nie umieją razem stać na ziemi.
Wtedy on, bądź co bądź, umysł bardziej techniczny wpadł na pomysł i od
razu go zrealizował. Jej – łatwopalnej nie trzeba było wcale namawiać.
Zamieszkali na hamaku. Oderwali się od ziemi i było im z tym dobrze.
Hamak nie był w paski, jak to często bywa, ani z dziurawej siateczki,
właściwie każdy człowiek widział go inaczej i przed czym innym
przestrzegał ich przechodząc w pobliżu. Nie wsłuchiwali się w porady,
wypróbowując z zapamiętaniem uroki unoszenia się na wysokości.
Początkowo leżeli spokojnie. Może nie umieli rozbujać hamaka, nie
dosięgali w końcu ani do gałęzi, ani do ziemi, więc nie mieli (...)
--- cały tekst ---
mojej zielonej wystrzałowej kawce
Nie miały głowy. Zamiast niej powyginane zwoje drutu, każdy zakończony kulką. Bezpieczne końcówki chroniły zawartość dźwiganą przez ozdobne drewniane korpusy. Były identyczne. W białych gorsetach, ukryte w słojach serce biło bezgłośnie. Szerokie krynoliny w koronkowe zawijańce otaczały jedną ozdobną nogę. Nazwały siebie zatem syrenami.
Stały tak na trójkątnie rozwidlonej płetwie i karmiły się zapachem wypełniającym pokoje.
Różniła je tylko treść, w którą były przystrajane, choć to właściwie niewielkie różnice. I tu, i tu paciorki nawlekane na sznurki, żyłki i rzemyki.
Figurki do wieszania korali. Dwie, jak bliźnięta jednojajowe, jak odbicie w lustrze.
Pozornie bezczynne, ale w istocie zapamiętywały więcej niż przeciętny rejestrator. Więcej o miarę swoich przemyśleń. Precyzyjnych jak haczyki, które wyrastały z szyi.
Chociaż nieruchome, to bardzo bystre. Łączył je czas, jaki miały na wnikanie w naturę obserwowanej rzeczywistości.
Co prawda, nie znały pojęcia czasu, jak to zdarza się niektórym przedmiotom, i nie odmierzały swoich pięciu minut w jakikolwiek sposób, ale zauważały notorycznie powtarzające się zmiany. Półcień, ostre światło, potem półmrok i ciemność owinięta często mgiełką poświaty nieznanego pochodzenia.
Pewnie notowałyby opieszalej i płyciej, gdyby ręce, (...)
--- cały tekst ---
nakryła gorącą głowę kwiecistą
chustą zostało wytarte z twarzy
wszystko co ukrywa we włosach
wiatr na nieszczęście nie rozwiewa
złotych pasm splatanych sztywno
niczym układana naprędce modlitwa ulatuje
do nieba ma już blisko
dwadzieścia chust pokuty za nic
zadanej nieprzejednanym halnym
W sierści kota ukrywam wszystkie pieszczoty przeznaczone dla ciebie.
Myślisz, że ich nie ma, ponieważ nie istnieją w naszej świadomości. Nie
nazwaliśmy żadnej. O podświadomym przeczuwaniu powinieneś wiedzieć dużo,
tak zakładam, chociaż nie pytałam. Gdzieś namalowana jest granica,
którą wyznaczyłeś, jednak nikt z nas jej nie widział. Ani na papierze,
ani na szkle, ani płynącej z piórkiem po wodzie. Unosi się w powietrzu
na myśl o tym, że mogę powiedzieć ci wszystko. Na każdy dotyk kot
odpowiada mi chropowatym językiem na serdecznym palcu.
Istniejemy w półtonach, a słowa są jedynie równoległe do przestrzeni
zasiedlających ulubiony zmysł. Od zawsze chromatyczni, bo tylko w takim
języku możemy odczytać niuanse, których litery nie oddają.
Chociaż mamy siebie od biedy, rozmawiamy także
wówczas, gdy większość spraw ma się dobrze. Twoim atutem jest, że trwasz
stale. Co prawda ulatniasz się od czasu do czasu, ale przecież w mojej
pamięci istniejesz, jakby nie było przerw. Chroniczny. Nie przepraszamy
się za to, że nas brak, wychodzę i wracam kiedy chcę, dlatego, że mam
pewność: nigdy nie znikniesz bez powodu. Gdy jestem zbyt długo spokojna,
zaskakujesz mnie, mówiąc, że każdy ze zwrotów słyszałeś już
zanieczyszczony i będziesz się (...)
--- cały tekst ---
Wiedziałem, że znów jest głodna. Snuła się po domu ze szklanką soku, przystawała przy oknach, opierając się całym ciężarem ciała o parapety. Dołączyła do rytuału czoło, którym zostawiała na każdej z szyb tłustą smugę pudru i potu. Tafla szkła chłodziła przyjemnie skórę, a Zosia odbijała na niej ślad czoła ruchem kołyski, jak osuszacz do pieczątek. Od skroni do skroni zataczała łuk, a potem wspinała się na palce i całowała pobrudzone odbicie. Skończyła obchód wszystkich wnęk okiennych, weszła do sypialni. Poduszka wyjęta spod ozdobnej narzuty, zbyt płaska na potrzeby Zosi, została przez nią mocno strząśnięta, po kilku klapsach urosła, puch w środku zatańczył i napiął poszewkę. Plecy delikatnie opadły na miękkie oparcie, które muskając szyję, przyniosło ukojenie. Głód zmalał.
Zastygliśmy w niemym kontemplowaniu siebie. Wiedziałem o czym będę opowiadał. Zosia przymknęła oczy i zbliżała się coraz bardziej. Lubię te chwile, gdy wiem, że z naszych myśli zapleciemy warkocz, który unoszony jednym nurtem obwiąże nas i zjednoczy. Uległa rozmyślaniom, którymi chciałem odwrócić jej uwagę od przewodniego tematu dnia, ale zachłanna niczym małe dziecko, wyposzczona jak na rygorystycznej diecie, wciąż wołała o jedno, nie pozwalając przebić się poza warstwę fizycznych pragnień. Byłem bezradny, a bezsilności nie umiałem najlepiej ukryć, bo Zośka chlusnęła mi (...)
--- cały tekst ---
