Zmiana sposobu prezentacji
TALAR i DUKAT, co wszystko wiedzą (z kolorowej prasy)
Talar:Ty, słyszałeś?????
Dukat:Co?
Talar:ARTYSTA się sprzedał. JEST KOMERCYJNĄ SZMATĄ!
Dukat:No co ty?
Talar:Bierze jakieś pieniądze za występy i płyty staryy!!! I wystąpił w
tv! Udzielił wywiadu i podobno ma dobre auto. Widzieli go na zakupach w
markecie, z pełną torbą artykułów spożywczych!
Dukat:Ty, a na huj mu zakupy? Przecież to nasz idol, buntownik!On walczy z Systemem!
Talar:Nie wiem, może ma rodzinę, dzieci, dom, żonę?
Dukat:TA ŚWINIA STARY BIERZE KASĘ ZA KONCERTY, PŁYTY I WYSTĘPUJE W
TV!!! A teraz mi mówisz, że po koncertach nie wraca do piekła, tylko do
domu?? Czaj bazę!!! Do kochającej rodziny!
Talar:Noooo. A ja myślałem, że on to wszystko robi za free, tylko dla nas. A PO CHLEB STOI W KOLEJCE DO ZAPOMOGI, razem z tą swoją żoną i dziećmi.
ŻE NIE PŁACI RACHUNKÓW, BO MIESZKA W LEPIANCE.
I NICZEGO OPRÓCZ FANÓW NIE POTRZEBUJE DO SZCZĘŚCIA.
Dukat:Albo jeździ po świecie grać koncerty, spotykać się z fanami, nagrywa w studiu, pisze, komponuje, promuje się i Bóg wie co jeszcze, w przerwie między jedną, a drugą zmianą w fabryce.
Talar:ŻE NIE MARZY JAK MY WSZYSCY O WYGRANEJ W TOTOLOTKA, BO JEST MUZYKIEM! MA KLEPAĆ PIERDOLONĄ BIEDĘ I BYĆ PRZYKŁADEM...Yyyy....czegośtam....
Dukat:A my będziemy (...)
--- cały tekst ---
Skrzypce i pianino…jakby dla mnie, gdzieś tu, niedaleko…
A jednak w innym świecie. Czuję, że raczej za szybą, niż w
ciasnym pokoju.
Gdyby słabo, odrzuciłbym tą nutę i zajął się zapraszaniem
kolejnych nieznajomych do znajomych.
Ale tak bardzo zapragnąłem być słaby w obliczu tej
melodii…
Bezbronny i błyskawicznie uprowadzony z chaosu.
Wyskakuję przez okno żegnając się z szybą na milion kawałków
strzaskaną, wysłaną w ciepłe, nocne powietrze.
Może jej kawałki ulecą ze mną? A niech tam! Dziś wszystko ma
duszę. W końcu to mój sen.
Wśród łąk zbożowych szukam tego natchnienia.
Gdzie jesteście panny ze strun, wyskakujące w światło?
Słyszę was nieustannie, odkąd przyprowadzony melodią na
łąkę, postanowiłem stąd nigdy nie wracać.
Może tam?
Gdzie w trawie ledwo widoczna nimfa, macha do mnie i szepcze z dala, choć krzyk słyszę:
Tak bardzo tęskniłam!
Albo tutaj, obok, w dziewczynce biegnącej radośnie wśród maków.
„Tatusiu! Mi też się tutaj podoba!”
I jeszcze flet …czyżby wieczność?
Więc gdzie jesteście grajki? Czemuście mnie tu w noc zaprosili, w ten nie istniejący świat?
Nakazali płakać wzruszeniem , przysięgając, że nie ruszę się stąd, bo to dom prawdziwy.
Pachnący zbożem i trawą. Mój, choć wcześniej nieznany.
--- cały tekst ---
Gdy umrą ci, których kochasz...
Schodzą ze strychu szmaciane pajace.
Zjedzą ze mną kolację, bo słyszały mój płacz nad stołem. Zlitowały się nad cierpieniem.
Przygasająca świeca i pożółkły papier. Tak długo nie
musiałem pisać smutnych wierszy…
Wystarczył blask kominka i twoje ciepło zapraszające do
uciech na dywanie.
Lecz kilkadziesiąt lat wystarczy by kogoś stracić.
Jak długo już siedzę w tej zamkniętej celi, która kiedyś
była naszym domem?
Za długo… Za długo, gdy ty w mogile niczym proch marny, a ja
wciąż grzeszę życiem bez ciebie.
Czy powinienem już zgasić świecę, co i tak tli się w
ostatnim akcie?
Powiedzcie mi szmaciane pajace ze strychu.
W dzieciństwie przecież broniłyście przed wszystkimi
złymi snami.
Przytulcie wy teraz i pomóżcie przebrnąć przez rozpacz.
Odpowiedzcie. Czy to nadal miłość, co nie ma prawa skoczyć w
przepaść,
czy samotność woła z zaświatów, bo i ona płacze, przy ostatniej świecy pisząc list do
żyjącego. „Wracaj już, wracaj do mnie kochanie.”
Nigdy nie opuszczony przez was, choć zdradziłem dorastaniem.
Przeprowadziłem w ciemny kąt nieuczęszczany przez nikogo.
Szmaciane pajace wierne na wieki, a tak cicho leżały pod
kołdrą z kurzu, aż znów nie będzie się do kogo przytulić.
Aż serce pęknie, by posklejały je (...)
--- cały tekst ---
Jak umiera mój świat?
Powoli… jak łamany kołem, przez karykatury bliźnich,
sąsiadów. Niespiesznie pokrywa się czarnym nalotem ich frustracji.
Coraz ciężej płakać, gdy wiem, że na końcu czeka bolesna
śmierć, ale ta z pustymi rękoma i płacząca wraz ze mną, bo nie lubi odbierać życia niedokończonym historiom.
Czarno białe alejki mego miasteczka zdają się rozumieć ból
człowieka, który ma pięć lat i kocha sztukę życia…ale źle trafił. Nie dane mu być psem.
Zmarszczone twarze nie przestają wrzeszczeć zmęczeniem, że wolą już wszystko poświęcić, byle tylko mieć lepiej.
Byle nie umierać samotnie.
Raczej pociągną za sobą tyle szczęśliwych turystów euforii, ilu zdołają.
Oni właśnie kołem kręcą, choć próbowałem ich pokochać.
Brak pomysłu na siebie, a żal skrzętnie chowany pod poduchą,
żeby nikt nie widział.
Brak pomysłu na wyzwolenie, rewolucję…
I tyle obowiązków wobec porządku świata, tyle strachu w oczach!
Najłatwiejszym wtedy wrogiem do bitwy jest ten, który oddałby ci ostatnią koszulę.
Jutro umrze jako przyjaciel od serca, ale dziś niech dźwignie wszystkie twoje słabości.
Bo czemu nie. Życie musi być lekkie.
Wciąż przechadzam się czarno białymi ulicami, gdzie nawet
światło lamp jest szare.
Jakieś dziecko zostawiło lalkę zawieszoną na (...)
--- cały tekst ---
Hebanowe anioły wydały ostatnie tchnienie.
Kilka chwil po odcięciu pępowiny ich świat zastygł w
przeklętym rewirze.
Nie poznały smaku życia. Nawet balsam z czystej wody,
nie zdążył obmyć ich z pierwszego brudu. Winni pochodzenia,
umiejscowienia na mapie.
Matki i ojcowie dołączą niebawem.
Z modlitewnikiem zapisanym niezrozumiałymi słowami,
wciśniętym w zęby, nie wiadomo po co.
Przynajmniej nie wiedzą co to głowica nuklearna.
Ale co to za pocieszenie...
Banany są zbyt tanie.
Nie przyjadą goście z świątyni szczęścia.
Skrupulatnie omijają nędzne szlaki dla czarnuchów.
Pałace i złoża czekają w strefie zero.
Tutaj maczeta zweryfikuje listę potrzeb i potrzebujących.
Zresztą nikt się o nich nie dopomina. Kogo to obchodzi.
Nauka idzie do przodu. Wymyślono już lek na raka.
Medycyna pęka z dumy.
I skarbce pękają.
Tyle tych misji naprawiania świata, że fabryki nie nadążają
produkować broni.
A tu spokój.
Słychać tylko te cholerne muchy.
Kolejne zapiski młodej baletnicy spalił napalm sprawiedliwych.
Adnotacja do życiorysu - koniec nadawania.
Niedbale zagrzebane szczątki niedokończonych historii,
za sto lat będą atrakcją archeologów.
Dziś to jest krucjata natchnionych misją spowiadania najcięższych
grzeszników....
Nie zaznasz szczęścia, dopóty ostatni wróg pokoju nie połknie garści czarnej ziemi.
Nikt tam nie sprawdza spisu ludności.
Przed atakiem liczą się mapy, a nie nazwiska.
Waluta liczona pod stołem nie istnieje. Nie patrz w dół marna
jednostko.
Dla ciebie mamy atrakcje na mieście. Niewidoczna granica
świadomości to nie przypadek.
Wytyczaliśmy ją przez wieki. Zastanów się, ile chcesz
wiedzieć.
Pomyśl jaki napis chcesz mieć na nagrobku.
Prawda nie jest po to, by ją odkrywać. To tylko skutek
uboczny wielkich dokonań człowieka.
Żyjmy w ułudzie, bo nie trzeba jej łykać z zamkniętymi
oczami.
Oni tego chcą. Liczą na nas z celownikiem skierowanym prosto
w tył głowy.
Cisza cię wybawi. Pokora i nieumiarkowanie w zżeraniu
pozorów.
Nie wędruj za daleko w las, bo w tym lesie straszy.
Możesz nie wrócić do domu.
Odsuńcie ode mnie ambony, mównice i symbole wszelakich Bogów.
Zabierzcie sobie skarby całego świata. Brzydzę się łupami z ludzkich skór.
Nie chcę waszych kajdan i plastrów na pyski. Nie dam się smagać batem.
Nie poniosę karabinu w imię równowagi dobra i zła.
Zaplute chodniki drwią sobie z ciszy w systemie.
One wiedzą najlepiej kto tu rozdaje karty, a kto jest od wczoraj skreślony.
Te wasze modły i czyste koszule, te wasze uczelniane papiery,
nie ukryją prawdy. Żyjecie na naszym grzbiecie.
Jak pasożyty, jak heroina, zabrudzacie krew w żyłach.
Ciała odarte z dusz skuteczną tresurą, pójdą, gdzie nakażecie.
A ja nie mogę się nadziwić. Ołtarze wciąż pełne świeżych kwiatów, a urny kipią od przyzwolenia.
Nie wierzę w opętanie i w zbawiennych proroków.
Zło jest w nas. Zbawienia mamy pełne garści.
Księgi sprzed epoki myślenia nie będą mi psuły sniadania.
Tylko jak to się stało, że tyle ciemnoty idzie na rzeź za elektronicznym pastuchem?
A tutaj, w ulicach wytykają cię palcami,
bo nie ograniczasz się do schematów.
Odmienność czytana od tyłu oznacza: Sługa Szatana.
Cokolwiek nie powiesz, nie zrobisz, nie założysz na siebie,
można cię zabić bez sądu.
Sądem jest mentalność większości.
Pełne kościoły i największe pomniki, żeby każdy widział, (...)
--- cały tekst ---
Przechodziłem obok Boga. Tylu ich pląta się pod nogami.
Przez sekundę chciałem być lepszym człowiekiem. A może i ten zna tylko dwa słowa na K i H?
Byłem na wielu frontach. Z zamkniętymi oczyma, w ciasnym pokoju wygląda to tylko trochę mniej strasznie.
Ale te martwe dzieci śmierdzące zgnilizną,
pewnie oplułyby wojennego turystę. To ich krew zasila portfele władców.
Ukrzyżowali mnie. Nie urodziłem się, by rzygać swoim pochodzeniem.
Pies to ma dobrze. Nie musi się z nimi utożsamiać.
Z tafli wody zrobiło się bagno. Tysiące szponów nakazało mi nienawidzić.
Dziś jestem potworem. Nie większym, niż inni. Takim samym popaprańcem.
Wyciągam ręce po padlinę. Też chcę skosztować sukcesu.
Nie wystarczy dla wszystkich. Nigdy nie starcza.
Wyżynamy się, by zawsze mieć wizje na przyszłość. By nie zabrakło ziarna na jutro.
Bo jak to miałoby być bez nas?
Zresztą i tak jesteśmy maszynami do zdychania.
Gdy tylko osiągniemy normę narzuconą przez Pana. Potem będą następni.
Ułuda przechadza się ulicami. W kolorowych szatach i na sterydach z salonu piękności.
Palce na ustach, w geście "Ciii" przyszyte na stałe.
Żyły nabrzmiałe od pytań: Jak długo jeszcze?
Gruby makijaż ma za zadanie zamaskować cierpienie.
No i rozchichotane marionetki. Najwięcej.
Po co sie (...)
--- cały tekst ---
