Reńska niedziela zawsze pachnie kawą i jajecznicą.
Znowu jestem tutaj.
Zielone papugi witają mnie skrzekiem.
Przez tydzień umarły z pragnienia
iście na brzózkach.
Ren jakby, jeszcze, skurczył się.
Poznaję to po stateczkach; płyną
ze zgrają wesołych turystów coraz bliżej
brzegu. Tego roku, w styczniu, pisałam
rymowanym wierszem "Krajobraz nadreński",
a wody w nim podtapiały nadbrzeżne kasztany.
Peter wyprowadzał mnie na spacer jak
małego pieska, który może się zgubić. Teraz
smycz mam luźniejszą. Wszystko jest zmienne,
oprócz radości i smutku. Nadsłuchuję
i nie słyszę porannej, muzułmańskiej
modlitwy z piętra wyżej. W bloku
naprzeciwko zamieszkało dwoje nagusów.
Na wąskim balkonie, sposobią się do kąpieli
słonecznej. Za chwilę zjemy śniadanie, pierwszy raz
w tym domu, jako małżeństwo. Peter czyta,
że brakuje już miejsca w szpitalach, żeby myć ręce, uważać
na warzywa i mięso. Tuż pod nosem,
na akacji, biją się dwa kosy, ale
może to tylko takie ich zaloty
przed końcem świata.
jak miło znowu Cię czytać -nie będę powtarzał każdego zdania które mnie urzeka bo napisał bym plagiat -zastanawia mnie "na akcji" ( przeczytałem akacji )
zgłoś
Darku, bardzo ci dziękuję, za wypatrzenie literówki. Już poprawiłam.
zgłoś
A ja dodam, że cokolwiek piszesz to mnie jest zawsze za mało:*
zgłoś
Te kosy nad Renem i koniec świata: obserwacyjna czułość rodem z Murakamiego....
zgłoś
Parę dni później zmarł dwulatek z szpitalu w Neuss z powodu zatrucia kiełkami. To był bardzo smutny czerwiec dla mieszkańców miasta, w którym obecnie przyszło mi żyć.
zgłoś