Zmiana sposobu prezentacji
w piekle już nas wypatrują.
napełniają wodą kotły.
rozpalają ogień.
- bogdan prejs „ce ha ”
między jednym a drugim wersem prejsa
rozjechałoby mnie rozpędzone porsche
zginąć z tomikiem poetyckim w rękach
w dodatku nie swoim
mogłoby mnie uszlachetnić
w oczach kolegów
uśmiechnęłam się zamiast przestraszyć
wizji kobiety oprawionej w czerń jak okładka książki
z białymi jak jej włosy literami ce i ha
wymazane krwią
ale co to za śmierć w butach
mocno związanych pod kolanami
pewnie one mnie uratowały
przed szlachetnym końcem
albo oczekające Wakacje w Avignon
Rafała Muszera w torebce
Dzień jak co dzień, z tą tylko różnicą, że przychodzi mechanik do pralki. Mam otworzyć drzwi i pokazać gdzie stoi.
On już wszystko wie.
Przed naszym wyjazdem do Polski, był już ktoś z firmy Whirpool
i zdiagnozował: bęben do wymiany. W podręcznym komputerze odnotował uszkodzenie, zrobił zamówienie na część, ustalił termin wymiany bębna i dzisiaj właśnie ma przyjść i wymienić, ale już ktoś inny, bo on będzie na urlopie.
Niemcom należy się trzydzieści dni urlopu - najwięcej w całej Unii.
Wydaje się, że ciągle są na urlopie, a i tak są najbogatsi.
Pralka jest na gwarancji, więc nie ma być żadnego problemu.
Nawet z moim niemieckim. Wystarczy otworzyć drzwi. Najpierw domofon.
Kieruję Pana na czwarte piętro. Widocznie dość poprawnie, bo trafia za pierwszym razem. Potem "Guten Tag" i od razu „Ich bin aus Polen „ i „Ich spreche kein Deutsch”, co znaczy, że jestem z
Polski i nie mówię po niemiecku.
Pokazuję mu gwarancję, tak na wszelki wypadek, bo zauważam - ma tylko pod pachą komputer, a żadnej części.
Ten fakt na tyle mnie niepokoi, że dzwonię do Petera, gdy mechanik zaczyna grzebać w pralce, jak tamten poprzedni dwa tygodnie temu. Przez telefon Peter informuje go, że miał już przyjechać z bębnem. Mechanik nic o tym nie wie, dostał tylko nasz adres. Kończy rozmowę i zostawia mi rachunek na 177 euro oraz nowy termin na (...)
--- cały tekst ---
Reńska niedziela zawsze pachnie kawą i jajecznicą.
Znowu jestem tutaj.
Zielone papugi witają mnie skrzekiem.
Przez tydzień umarły z pragnienia
iście na brzózkach.
Ren jakby, jeszcze, skurczył się.
Poznaję to po stateczkach; płyną
ze zgrają wesołych turystów coraz bliżej
brzegu. Tego roku, w styczniu, pisałam
rymowanym wierszem "Krajobraz nadreński",
a wody w nim podtapiały nadbrzeżne kasztany.
Peter wyprowadzał mnie na spacer jak
małego pieska, który może się zgubić. Teraz
smycz mam luźniejszą. Wszystko jest zmienne,
oprócz radości i smutku. Nadsłuchuję
i nie słyszę porannej, muzułmańskiej
modlitwy z piętra wyżej. W bloku
naprzeciwko zamieszkało dwoje nagusów.
Na wąskim balkonie, sposobią się do kąpieli
słonecznej. Za chwilę zjemy śniadanie, pierwszy raz
w tym domu, jako małżeństwo. Peter czyta,
że brakuje już miejsca w szpitalach, żeby myć ręce, uważać
na warzywa i mięso. Tuż pod nosem,
na akacji, biją się dwa kosy, ale
może to tylko takie ich zaloty
przed końcem świata.
