Zmiana sposobu prezentacji

26 października 2011

poezja

sabathini
sabathini

szeptem w dłoniach

                        Dominice

bezdrżeniem twoich powiek
staję się

czekoladą w dłoniach rozpuszczoną
lekko płynę
pomiędzy palcami
które we włosy moje zwykłaś
wplatać
niewidoczną nitką usta przewiązując
by krzykiem
nie splamiły

delikatnie orzech włosów
zaplatał sie w jezyk twój
tuż przy moim

w podprzestrzeni spontaniczne myśli
zielenią odurzone
szukały tobą powietrza
przejrzystrzego
ponad
(...)

--- cały tekst ---

11 września 2011

poezja

sabathini
sabathini

***

                                                          Patrycji
w zakamarkach samej siebie
lekko na palcach
nucę gdy nikt
już nie chce słuchać

nieważne już staje się twoje milczenie
gdy w oczach twych gubię się
ścieżkę przez las wyboistą
wyrównasz

a serce
bić by przestać chciało
nieważne czy bezszelestnie i ciepło
pod powiekami

zamykasz w dłoniach ustach światło
moje
drżą ci dłonie
zimne przykładasz do twarzy
gdy już rozplączę je z twoich włosów
i przesunę palcami po smukłej twarzy
nimfetki

8 sierpnia 2011

proza

sabathini
sabathini

5. Pomiędzy udami: Oliwia- zza mgły

     Wiosną, zupełnie niespodziewanie mąż Lilith spakował swoje rzeczy i pewnego pięknego dnia odszedł. Lilith przez długi czas nie mogła w to uwierzyć, tak bardzo był w niej zakochany, że niemożliwym wydawało się jego odejście, które niestety stało się rzeczywistością. Ale tak naprawdę Lilith była z nim z przyzwyczajenia, żyła z nim jak z przyjacielem, i choc sypiali razem, to na seks nie mogła liczyć. Ale za to rekompensował jej to swoją opiekuńczością, oddaniem, wyrozumiałością. Wiedział o Laurze, o tym że tylko ją potrafiła pokochać i że nigdy to uczucie nie zniknie i pogodził się z tym. To małżeństwo było swego rodzaju ucieczką przed tym niechcianym i nieodwzajemnionym uczuciem, tłumionym przez lata, było też wygodne ze względu na brak akceptacji dla seksualnej odmienność Lilith, o której niestety dowiedziało się jej bliskie otoczenie. Jednak to odejście odchorowała. Ale gdy depresja minęłą, a tabletki przestawały być powoli potrzebne poczuła nagłą ochotę poczucia Oliwii między udami, z żalu błądząc we wspomnieniach, wyszukując chwil ulotnych i pięknych, którymi utkać by mogła samotnośc, całkiem nową sytuację, w jakiej przyszło się jej znaleźć. Wiedziała, że jej nie odmówi. Więc długie godziny minęły na rozmowach, żal z siebie obie musiały wyrzucić, by oczyścić się wewnętrznie, i wreszcie Oliwia nie wytrzymała napięcia i przyjechała. Umiała pokazać Lilith jak (...)

--- cały tekst ---

27 lipca 2011

proza

sabathini
sabathini

3. Pomiędzy udami: Oliwia

      Oliwia, którą poznała na wieczorze panieńskim koleżanki była jedną z tych kobiet, które będąc w związku z mężczyzną uśmiechają się do kobiet dwuznacznie, by nocami miewać fantazje erotyczne z ich udziałem. Miała brązowe oczy, które lśniły w promieniach słońca, smukłe palce i dłonie, choć cała była miękka i kobieco zaokrąglona, biust pełny i urocze dołeczki podczas częstego i nieśmiałego z lekka uśmiechu, była też troskliwa, ciepła i opiekuńcza względem koleżanek. Potulna i cicha za dnia, ale czasem nocami lubiła okiełznać tkwiącą pod skórą Lilith żądzę, przywiązując ją sznurem korali do łóżka. Może alkohol to sprawił, że będąc jeszcze u koleżanki w domu i pijąc fantazyjne drinki przez rurkę z kolorowymi pawiami z papieru Oliwia uśmiechała się do Lilith tak, jakby cały świat przestawał się dla niej liczyć. Usiadły obok siebie zajęte rozmową. Włosy proste, kasztanowe i do ramion Oliwia zaczesane miała gładko i Lilith pozwoliła sobie na wetknięcie w te lśniące włosy kolorowego pawia i ten gest został odwzajemniony. Niezobowiązująca rozmowa zapoznawcza zaczęła powoli przeradzać się w obietnicę pięknej znajomości. Idąc z dziewczynami na tramwaj, a później jadąc nim na dalszy ciąg imprezy nie spuszczały z siebie wzroku, a całe towarzystwo momentami rozpływało się w mroku i grudniowym mrozie za oknem.
W klubie, gdy cokolwiek przestało się liczyć (...)

--- cały tekst ---

27 lipca 2011

proza

sabathini
sabathini

2. Pomiędzy udami: Alex

      Z Alex połączyła Lilith fascynacja poezją i literaturą, wykożystywana na swój własny użytek. Rozmawiały o książkach zakazanych w tej szkole, o swobodnych i otwartych poglądach na świat, o buncie i wszechogarniającej kontestacji. Razem słuchały piosenek, rozmawiały o wszystkim i o niczym. Myśli o Alex nie dawały Lilith spokoju. Pojawiała się w snach i nie pozwalała zasnąć, bo gdy tylko Lilith zamykała oczy, widziała jak Alex bezwładnie opuszcza ręce, a niebieskie oczy ma nieruchomo spowite mgłą.. i stała tak przed nią na wyciągnięcie ręki, ale nieuchwytna, zrozpaczona i bezradna, zapłakana. Wtedy Lilith żałowała że się rozstały, że pozwoliła by osoby z zewnątrz wtargnęły w ich życie i wszystko zniszczyły. Chwile, w których zdawały się nie istnieć dla świata, minęły bezpowrotnie. Nigdy nie zdawała sobie sprawy, że to co najlepsze właśnie trwa i że kiedyś zwyczajnie się wyczerpie. Myślami, nocą wracała do niej, do tych beztroskich chwil, kiedy żadna z nich nie zastanawiała się co potem. To były ich chwile, one dawały im sens i siły.. Czasmi Alex odchodziła tylko na chwilę, by wrócić zaraz z koralami i gdy zakładając je Lilith na szyję prowadziła jej dłonie zaczepiając nimi o swoje ubranie, szepcząc- to dla ciebie...weź wszystko..mnie przede wszystkim. Scałowywała dokładnie jej częste łzy, odganiała ustami wilgotnymi całą niepewność i obawę, że któregoś wieczoru mglistego (...)

--- cały tekst ---

27 lipca 2011

proza

sabathini
sabathini

1. Pomiędzy udami: Laura

 
To właśnie Laurę, pierwszego dnia nowego roku szkolnego, który pachniał błotem i starym drewnem, a przytłaczał dodatkowo chłodem klasztornych kamieni Lilith pokochała bez pamięci. Laurę pierwszy raz zobaczyła ją u pielęgniarki szkolnej, która zmieniała jej opatrunki na nogach. Powypadkowe rany Laura miała na niemalże całym ciele, nogi i ręce poobijane i sine, rany zaledwie sprzed tygodnia- ścigała się na motorach ze znajomymi i miała wiele szczęścia w pechu, że tylko tak to się skończyło. Błękit bluzki idealnie podkreślał jej oczy, włosy koloru spalonej słomy swobodnie opuszczone, długie i gęste, błyszczące, przez które przebijało sie popołudniowe słońce... Klasyczne rysy twarzy, smukłe i z lekka odchylone do tyłu ciało, ze śladem nieśmiałego uśmiechu w kącikach ust, skupiona na nieodczuwaniu bólu, wypatrująca za oknem szelestu słoneczników w ogrodzie. Zachodzące słońce niemą łuną przypełzało jej do stóp. W głębi ciemnego pomieszczenia, z przestrzenią wokół siebie wypełnioną światłem, w bezruchu zastygłego powietrza, była zbyt nierzeczywista, zbyt ciepła i miękka jak na kamienne mury ograniczające tutaj wolność. Zbyt nierealna, by mogła być prawdziwa. Olśniewająco piękna, wyglądała niczym anioł, który poobijał się spadając z nieba, ale nie utracił nic ze swej doskonałości. Niedwuznaczne spojrzenia, jeszcze niesmiałe i naiwne, ciche pierwsze rozmowy, rodząca się (...)

--- cały tekst ---

14 lipca 2011

poezja

sabathini
sabathini

za ścianą

Klarze 
uwiedziony zapachem wilgotnej pochwy
za ścianą stukały obcasy
na kamiennej posadzce
kot
czaił się pod drzwiami
kotka
spała w nogach łóżka
 
rzadkie rude włosy
przeczesywał niespiesznie palcami
podczas gdy ona marzyła
o kobiecie eterycznej
w różowym szlafroku
znikały ciasno przewiązane
pragnienia dziewczynki
już kobiety
 
nie przerywając spazmatycznych jego śmiechów
gotowała makaron z sosem z torebki
zdziwiona że można
i pewna że to minie

14 lipca 2011

poezja

sabathini
sabathini

niepewna

Marcie, 02.07.2011
Twoje śmieszne pytania
naiwne
w długich włosach wilgotnie
trzydziestka trójka numerologiczna
o elfickiej urodzie
 
przez okno światło nie dociera
z księżyca
blednie
jeszcze raz czarną spódnicą zamiecie
dym z papierosa
w pocałunku
bez śliny
jeszcze byś mogła
stać po trzech godzinach snu
niepewna
 
na ciasnym łóżku
rozbiegły się spojrzenia
by się spotkać
znowu

14 lipca 2011

poezja

sabathini
sabathini

czysty układ

Tomkowi 
w deszczu do mnie na koniec miasta
przyjedziesz
pończochy jeszcze zdążę podciągnąć
otulę sie jaśminem jak lubisz
a żona w domu zrozumie zmęczenie
 
bez pocałunków róż i wina
to niepotrzebne zostaw za drzwiami
przyjdziesz niespełniony i chciwy jak zwierzę
piesek potulny wtulony w piersi
 
nie lubisz jak drapię bo śmieją się z ciebie w pracy
uśmieszki kolegów nieznośne i żona
jak wytłumaczysz nie pyta już nawet

o niej mi mówisz ja mówię o wierszach
o książkach piosenek słuchamy wspólnie
i zielonym autem wyruszamy w pejzaż
gdzieś w pola czy lasy a póżniej do mnie
 
w śmietniku przy łóżku zużyte prezerwatywy
w pościeli gdzieś jeszcze są ślady po tobie
(...)

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się