Leszek Czerwosz
WSZYSTKIE PRACE Poezja (120) Proza (11) Grafika (12)
O autorze Znajomi (9)

Zmiana sposobu prezentacji

28 lipca 2022

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

przeżycie 1

Zdarzyło się że miałem przywieźć z Anglii oscyloskop o parametrach potrzebnych Waldkowi do strojenia układów nadawczych wysokiej częstości. Kilkaset megaherców. Wielka skrzynia, ciężka bo metalowa i wrażliwa, bo z lampą katodową. Długość koło jednego metra. Samolotem.
Na lotnisko podwiózł mnie Ludek, ale jak dalej, nie wiedziałem. W grę nie wchodziło nadanie na bagaż, odebrałbym tłuczone szkło już bez żadnej wartości dla naszej Solidarności. Ale na szczęście na Heathrow wszędzie były wózki, do samego samolotu oscyloskop przewiozłem na kółkach i nikt nie miał pretensji. A w polskim samolocie było już pełno i stewardessa odmówiła prawa nawet próby włożenia skrzyni ponad głowami pasażerów. I co. Stewardessa zniknęła, a ja stanąłem bezradny, już chciałem wysiadać, bo samolot jeszcze nie ruszył. Ale po chwili kapitan osobiście zabrał oscyloskop do metalowej szafki w strefie dla załogi, narzekał, że trochę ciężki sprzęt, jak na bagaż podręczny Potem nie było już żadnych pytań, gdy zapewniłem, że to służbowo mnie tak uraczyli moi szefowie, a raczej wrobili. Dobry kapitan się uśmiechał, więc sobie pomyślałem, że w Warszawie powita mnie inny, tym razem zły kapitan, już jakby mniej uśmiechnięty.
Nie powitał. Celnicy mnie zignorowali, choć się ustawiłem na czerwonym pasie w celu dobrowolnego poddania się procedurze. Legendę, co mam powiedzieć, że od jednego profesora dla (...)

--- cały tekst ---

3 stycznia 2022

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

salowe kable

Jedynie co ostatnio mnie gnębi, to wyobrażenie, jak się potknąłem w nocy w szpitalu kowidowym. O kable od respiratorów. Chciałem odszukać pokój sióstr, sprawdzić, czy mnie jeszcze słychać, pożalić się. Wszystko się porozłączało, starałem się pozapinać, ale gniazdek nagle było jakby za mało. Po ciemku wszystko. To jak ze składaniem rozsypanego zegarka. Nad ranem pielęgniarze wyłączali monitory czynności życiowych mocnym szarpnięciem za kabel, jakby z kopa. Bywało, że druty wyłaziły z wtyczek aż iskrzyło, nawet lepiej niż wtedy w nocy. Nie wiem, czy wyłączyli tylko od umarłych. Bo żadnych emocji na twarzy. W kompletnej ciszy na bezdechu. Tłok w centralnej windzie, część łóżek transportowano po schodach. W dół to łatwo, tylko zwłoki spadają, gdy za szybko do piwnicy. Cóż depopulacja, na sali pusto, widać tak musi być

24 grudnia 2019

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

przejście graniczne

Niczego nie rozwiązuję. Samo się dzieje. Miejsce nadmiernie nażyte [Lucile 2019 Confessio, ponieważ… alea iacta est]. Człowiek nadmiernie nażyty. Forma bierna, imiesłów od czasownika, który się nie napełnia, nie przepełnia. Bo jakże komuś powiedzieć, że już się nażył. To jak nażarł się. Naśmiał się, wystarczy, teraz niech się napłacze. Czy to jest ten Rubikon, kiedy przekracza się niewidoczną granicę? A może magiczna zamiana ilości w jakość.

Prawo do Nazwy Własnej, niekoniecznie potwierdzona notarialnie, ale społecznie. Bo inaczej można podejrzewać uzurpację, o którą każdemu równie łatwo. Nawet postawa nadmiernie skromna jest równie dobrze wyzywająca, prowokuje do wzbudzania w innych współczucia, a to może być pułapka zachłannego narcyza, emocjonalnego wampira, wstęp do mega manipulacji. Może lepiej mieć do czynienia z grubokościstymi, kanciastymi chamami. Przynajmniej wiesz, czego się spodziewać. Nie wyprowadzą.

Empatia. Czy słowo to zostało wymyślone teraz dopiero, gdy, przynajmniej w ograniczonym środowisku i cywilizacji, występuje nadmiar dóbr i dostatek pokarmu. Gotowi jeść tylko roślinki, polować tylko smartfonem. A mokrą robotę wysyłać daleko, daleko od siebie, aż na autsorsing (outsourcing). Byle się nie zachlapał garnitur.

Tak, nażyliśmy się, czas na zmianę pokoleniową. Może nie stoi kolejka, ale kilka osób już (...)

--- cały tekst ---

Zabieg

Zawsze mam pretensję do siebie, gdy coś idzie nie właściwie. W istocie rzadko można znaleźć prawdziwego winowajcę, kozioł ofiarny zazwyczaj wystarcza, aby zapchać usta. A jutro wszystko staje się wczorajsze, w końcu znika z łańcucha pokarmowego głodnych sukcesu.
Operacja rozpoczęła się z opóźnieniem. Zginęła dokumentacja, wprawdzie znalazła się potem w moim biurku, ale już byłem wściekły. Bez podpisów, pieczątek, potem się uzupełni, zawsze tak jest.
Wyłuskanie kości ze stawu bez problemu, może nieco za długo trzeba było stać. Ale wpatrywałem się w wolnych chwilach w doktor Milenę, którą uczyłem powoli wszystkiego, by mnie mogła zastępować. Niestety nie było to takie proste, ale coraz milsze za to.
No i stało się. Czar prysnął. Ta niewdzięcznica powiedziała mi, że to miała być lewa, a prawie zrobiliśmy już prawą, jeszcze naczynia, włókna nerwowe. Zawsze na końcu. Jeden ruch i szyjemy. A mnie prawie szlak. Poleciałem do gabinetu, klucza, jak zwykle nie ma. Musiałem się włamać do siebie. Nie powiem, ile to czasu zajęło. Rzeczywiście, miała rację. Wyrzuciłem do kibla. Wracam na salę, jeszcze chwila, mycie, jakby było po co, nowe ubranko, rękawiczki, siostry są nieubłagane, bo procedury, które sam wprowadziłem. Asystenci regulują oddech. Mówię, kończymy, proszę skalpel.
I obudziłem się. Nie, to nie był sen. Wypadek przy pracy, moje zęby wyleciały. Ale młody (...)

--- cały tekst ---

17 stycznia 2018

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

Exe wersja 2084

Winston dostał się wreszcie do upragnionego Departamentu Biologii. Obiecali mu nawet etat za całe dwa tysiące. Jeśli się sprawdzi. Czuł, co prawda, obrzydzenie, ale sprawdzał się, gdy monitorował emocje. Nie, nie swoje. Przecież, że nie swoje. Właściwie niczego nie musiał kontrolować - nagroda czy też kara były już zaprogramowane, wszyte w maleńki układ immunizowany do obiektu. Aparat reagował prawidłowo, tylko czasem nie rozpoznawał odpowiednio przyczyn zdenerwowania i walił nieco na oślep. Obiekty były potem ogłupiałe, ale w końcu uczyły się, a może właśnie dlatego uczyły się, że lepiej się nie wychylać, nie starać się samodzielnie interpretować nieoczekiwanych bodźców. Nikt nikomu nie zakazuje czuć przecież, ale żeby od razu niczym zwierzęta tak jeżyć kark.

Obiekty przyzwyczajały się łatwo i co ciekawe, ich dzieci, a tym bardziej trzecie pokolenie już bez problemu przechodziło akulturację. Obserwował nawet pewne przechłonięcie bodźców, ale nie było wyrazistych reakcji tętna czy oddychania i jakże typowych reakcji humoralnych. Pomyślał, że gdyby wyłączył teraz zasilanie, to mógłby podwójnie raportować powodzenie programu. Ot, inteligencja i to ta emocjonalna. Niby zwalczana, a jakże potrzebna w utrzymaniu się przy życiu. Z niesmakiem interweniował w sytuacjach nieprzewidzianych. Co za dużo, to niezdrowo. Dosłownie.

Służył do tego specjalny panel, taki wizjoalarm. (...)

--- cały tekst ---

8 września 2017

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

Loteria w Babilonie

No i pozwolono mi dożyć. Może nawet kolejnych kilka. Zostałem wylosowany do losowania. To chyba najuczciwszy podział wszelkich zasobów. Nie związany z pochodzeniem, wykształceniem, zamożnością, a nawet kręgiem znajomych i przyjaciół, czy innymi reliktami późnowiecza. Z tymi kręgami, to nie do końca. Nieważne, kto i jak obstawia loterię, ważne, kto organizuje. Parafraza znanego hasła wyborczego. I tak być musi, a raczej ktoś musi. Wybierać wśród zdezorientowanych, czyli zupełnie ślepych obywateli. Tak, ten ślepy los jest za ślepy, by mu w pełni zaufać. Ja chciałem ufać, to jednak kilka lat.
Zgodnie z zasadami wolnego rynku musiałem kupić kulę, a nawet kilka. Jak się ma taki przymus do wolności, mało kto rozumie. Aby to pojąć, kiedyś uczono dialektycznego myślenia, ale zostało ono uznane za szkodliwe. Wydrukować plastikową kulę można było na każdym prawie rogu ulicy, ale przyjmowano tylko koncesjonowane, a to wiadomo, już nie wszyscy wiedzieli, gdzie się daje, komu i co. Taka kula musi się dobrze toczyć, pasować do lottomatu. Mimo, że każdy lottownik ze wszystkich sił przykładał się do pomniejszenia nieobliczalnego, do końca nierozpoznanego, aż czarnego nieprawdopodobieństwa, to niepewność, że w losowaniu zderzy się z innym lottownikiem aspirującym tak samo wysoko, bardzo napinała struny całego organizmu. Jeśli wygram, to jeszcze pogram na nerwach - śmiałem się w duchu. Bardzo chciałem popisać (...)

--- cały tekst ---

23 kwietnia 2017

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

uśmierciny czyli 100 lat później


Przygotowania szły całą parą. Śmieszne. Przecież bywało, że para szła w gwizdek, ale kto to dziś rozumie. Już wszystko jest elektryczne i ekologiczne. Siostra katka była zawsze ładnie ubrana. Nawet przesadnie ładnie. Ponieważ wystawiona była na ustawiczne kontakty, ze starszymi zazwyczaj obywatelami, musiała prezentować się jak najbardziej elegancko wręcz nobliwie. Od kiedy zakazano stosowania środków przeciwbólowych, zawsze znalazł się ktoś, kto nawet w okresie obowiązywania karencji, próbował wyłamywać się dobrowolnie z przyjętego planu, zrywać oficjalnie zawartą ze służbą zdrowia umowę. Czasem zaocznie lub, jak kto woli, per procura. Katka reprezentowała najważniejszą chyba instytucję, która teraz była najbardziej, jak tylko można państwowa i rozliczano ją przede wszystkim z dokładnego wykonania harmonogramu przez przydzielonych jej podopiecznych. Słowo państwo nie miało już swojego pejoratywnego znaczenia, a przyczyniły się do tego transnarodowe, postępowe ruchy, które porwały po prostu ludzi w kierunku przeżyć co najmniej pięknych, wzniosłych, a do tej pory niedoświadczanych przez ogół zwykłych obywateli. Nie używano już słowa masy, choć wiadomo, że one stanowią najważniejszą siłę sprawczą. Jeśli są tylko dobrze kierowane. A przecież wszystko zależało od przepływu informacji. O tym wiedzieli wszyscy wielcy władcy, teraz zaś wiedza o pozytywnym wpływie właściwego ukierunkowania (...)

--- cały tekst ---

21 lutego 2016

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

JESZCZE NIE KONIEC

Początkowo czułem jej ostre brzegi, niczym żeglarskie liny, naprężone, szorstkie, nieprzewidywalne. Nie przeciwstawisz się naporowi. Ręce zdarte. A jak za mocno uchwycisz, pociągnie z porywem wiatru, rozedrze w sprzecznościach. Najmocniejsza. Ta zwycięży, zdominuje.
Ten rozpaczliwy obraz potem zmienił zdanie, emocje rozpełzły się jak robaki, podłużne glizdy, oślizgłe ślimaki. Niektóre jak długie węże otaczały zwojami, w ciągłym ruchu. Wpadłem do bunkra wypełnionego wijącym się mięsem. Obrzydzenie.
To było jak ból. Ostry, kłujący, wtedy jedyna obrona przez atak, mam sto milisekund by uderzyć i niezliczone miliardy aby pomyśleć. Gdy w końcu mija, to jakby błogość, szczęście oblewa rumieńcem wszystkie obolałe policzki gotowe do pocałunku i do przytulania. Jeszcze przez chwilę pojedyncze fragmenty tkanki walczą z ciepłym przypływem, walczą o swoją identyfikację, nazwanie a najlepiej dotyk.
Przejdźmy do laboratorium. Jest jak wielkie akwarium. Przy pomocy sita na długim trzonku przenoszę zmasakrowane fragmenty do jakiejś cieczy, gdzie zwinięte w kłębek sploty ulegają rozluźnieniu, grube cumy rozdrabniają się na oddzielne włókna, rozsuwają od siebie, zbudowane z delikatnych włosków, cienkich nitek koloru blado niebieskiego. Przy pomocy długiego patyka można rozganiać pływające wodorosty lub nawijać je i wyciągać w górę wielometrowe nicienie.
Nie czułem nic prócz rozluźnienia (...)

--- cały tekst ---

5 lutego 2016

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

pa

Spotykaliśmy się zawsze o tej samej porze, zawsze w tym samym miejscu. To jest gdzieś pośrodku pola walki, na linii kompromisu, w ciasnej kanciapie wybudowanej jakby specjalnie dla złapania oddechu dla mniej wytrwałych. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa, co jeszcze bardziej napędzało. A wszystko w piętnaście minut, bo tak mijały się długie przerwy, chyba specjalnie, aby można w ten sposób wzajemnie odseparować nas od siebie. Nie było czasu na zbędne flirty, ciasne pomieszczenie uniemożliwiało też spełnianie bardziej wybujałych zachcianek. Już po kilku dniach wszystko nabrało rytmu uzgodnionego bez żadnych słów negocjacji i przeszło w powtarzalną codziennie rutynę. A nawet po perfekcyjnym osiągnięciu celu z szybkością krótkodystansowca i precyzją łucznika, zawsze powstawał popłoch przy rozdzielaniu elementów ubrania, żeby nie zamienić lub nie włożyć na lewą stronę. Potem tylko jedno krótkie pa; jakże dobrze wiadomo było, że następnego dnia będzie kolejne.

25 września 2015

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

Wyrzut z sumienia

1.
Karetka wyła niemiłosiernie i pędziła przez miasto samym środkiem ulicy. Kierowcy nic nie znaczących samochodzików musieli czmychać raz po raz, to na chodnik, to na trawę i tylko po to, by jeden nieznany nikomu pasażer miał swoje pięć minut z życia. Może to ostatnie jego minuty, więc tym bardziej ważne. Niech ma. Faktycznie, obsługiwany przez damską załogę: młodą sanitariuszkę z równie młodą lekarką, nareszcie mógł czuć się dopieszczony. Pojazdem kierowała również baba, ta jednak, na szczęście, trzymała ręce tylko na kierownicy. Myliłby się, kto by wtedy pomyślał o doczesności takiej sytuacji, bo na myśl zawsze przychodzi problematyka styku płci. Dotyk nie zawsze taki zły (bez podtekstów), zwłaszcza w medycynie. Nad całym towarzystwem czuwała jednak żona delikwenta, której zadaniem było trzymać go za rękę. Dla zapewnienia należytego wykonywania procedur medycznych i tak na wszelki wypadek. Mogła w ten sposób kontrolować dalszy bieg tych wypadków, przynajmniej tak jej się wydawało. Tylko raz się nie udało i dlatego cały ten ambaras. Już nieważne. Miało być na postrach.
Trzymanie męża za rękę to stanowczo więcej niż używanie pilota telewizyjnego niczym berła, nie mówiąc już o wydawaniu setek poleceń słownych albo takich, zapisywanych maczkiem na karteczkach i układanych w tak oczywistych miejscach, że nie sposób ich nie zauważyć, a tym bardziej zignorować. Karteczki nie (...)

--- cały tekst ---

15 listopada 2014

proza

Leszek Czerwosz
Leszek Czerwosz

lato w mieście czyli schody

Ile razy wyjeżdżała na swoje bardzo obowiązkowe wczasy, tworzyła po sobie psychologiczną dziurę, jakby wydartą kępę traw lub raczej tkanki z wijącymi się pourywanymi, jak korzenie trawy, fragmentami ścięgien czy nerwów. Zostawał tuman zupełnie roztrzepotanych, zmierzwionych piór, których nie dawało się już wygładzić palcem w połyskującą różnymi barwami powierzchnię skrzydła. Wodoodporną. Ta cecha już od dawna zanikła, jakby się uwsteczniła, jeśli przyjąć za postęp umiejętność przystosowywania się do nowych, często niesprzyjających warunków. Tak będzie trzeba żyć przez najbliższy czas, aż do chwili, gdy partnerka rozćwierkanym głosem przekaże mu swoje potrzeby, a w razie oporu, czy resztek wątpliwości, przypomni mu o jego zobowiązaniach, przyrzeczeniach. Albo przedstawi całą listę zawalonych przez niego spraw, niedociągnięć czy uchybień. To zawsze było na niego najlepsze, bo skuteczne. Nikt nie jest doskonały, ale ona jest. Na pewno. Wiedział o tym. Musiał przecież. By czuć się zawsze pod kreską, napiętnowany, ale zmobilizowany do bicia kolejnego rekordu o dopuszczenie. Przypuszczalnie już do niczego, jeśli by teraz przyszło konkretyzować pragnienia.
Pozostawało mu przeczekać lato w mieście. Sposób na nadgonienie zaległości. Iluzoryczny, gdyż ich ilość zawsze rosła szybciej, niż nadążał doprowadzać sprawy do ich upragnionego końca. Na szczęście część z nich sama się (...)

--- cały tekst ---

Kontakt z redakcją



Zgłoś nadużycie


Opcja dostępna tylko dla użytkowników zalogowanych. Zarejestruj się