Zmiana sposobu prezentacji
Babciu! Babciu!
Do oświetlonego nocną lampką pokoju wbiegł chlopiec. Blond włosy robiły jasną falę wokół jego małej główki i podskoczyły lekko,gdy usiadł z rozbiegu na krańcu łóżka.
-Co robaczku?Co się stało?- zapytała babcia ze swojej poduszki.
-Nic babciu. Chciałem ci tylko powiedzieć,że mam prawdziwego kolegę w przedszkolu!-powiedział podekscytowany.
-Naprawdę?A jak ma na imię?-spytała babcia z zaciekawieniem.
-To Julian.-Odparł chłopiec.- Wiesz,ten co ostatnio podarł mój rysunek i się biliśmy,pamietasz?-kontynuował z zapałem.- Ale on mnie potem przeprosil i powiedział,że może faktycznie takie zwierzę gdzies istnieje,i że to wcale nie musi byc bujda...I dzisiaj opowiadalismy sobie o dziwnych stworach,co żyja w dalekim świecie i czekają aż je odkryjemy.Przecież to możliwe,prawda babciu?-spytał chłopiec obejmując babcię za ramiona.
Staruszka usmiechnęła się, a jej twarz pokryła się niewidocznymi dotąd zmarszczkami.Pomarszczona i wątła dłoń pogładziła głowę chłopca.
-Oj wnusiu,pewnie,że możesz je odkryć – powiedziała z uśmiechem.- Całe życie przed tobą.
-A ty odkrylaś jakieś dziwne zwierzę,o którym nikt nie słyszal?- spytał chłopiec patrząc z blyskiem w oczy babci.
Staruszka zachichotała.
-Wiesz,zwierza to nie...
Widząc pojawiające się na twarzy wnuka rozczarowanie,dodała zaraz:
-Ale odkryłam,że ludzie mają (...)
--- cały tekst ---
Pamietam moj dom z dziecinstwa:drewniany,pietrowy,zewszad otoczony bezkresnymi polami. Latem mienily sie odcieniami zoltosci i zieleni od rosnacych tam zboz,burakow i ziemniakow. Za domem byl lasek,ktory przecinala droga. Droga ta zakrecala kolo wielkiego kamienia na skraju naszego podworza i biegla w pole dzielac je na rowne dwie polowki:nasza i sasiada.
Nieco w bok,jak sie patrzylo prosto przed siebie z ganku,stal murowany bialy dom sasiada. Za nim byla stodola na podmurowce a dalej obok ogromna obora tez na podmurowce. I taka byla roznica miedzy nami,ale to wystarczalo,zeby nazywac nas wiesniakami. Moj ojciec jezdzil do miasta wozem konnym-oni Syrenka. Moj pracowal sam na gospodarce,a u nich zawsze byl ktos wynajety. Ale dla nas nie mialo to znaczenia. Niczego nam nie brakowalo a i kazdy z nas lubil jezdzic wozem z Kasztanem na przedzie.
Odkad siegalem pamiecia zawsze odczuwalem dziwny lek przed sasiadem. Wolalem nie zapuszczac sie w jego sad lub lake z obawy przed zniknieciem. Tak,teraz wydaje mi sie to smieszne,ale jako maluch naprawde balem sie zniknac. Wszystko przez znikajace zwierzeta sasiada. Jednego razu bylo to stado owiec,potem krowy,konie,znowu owce...i tak w kolko cos mu znikalo odkad tylko pamietalem. A pamietalem dobrze,bo lubialem im sie przygladac z ganku. Tato dal mi kiedys lornetke po dziadku i moglem je podgladac z bliska. Zalowalem,ze my nie mamy tylu zwierzat,ale gdy pytalem tate czy my tez mozemy miec owce-krowy-konie,zawsze (...)
--- cały tekst ---
Anna trzymala w obu rekach siatki z zakupami,torba na ramie co chwila zsuwala sie jej i zawisala na siatkach.W autobusie podmiejskim byl tlok:wozki z dziecmi,staruszkowie z krzeselkami na kolkach,rozkrzyczne dzieciaki ze szkoly.Anna byla glodna i zmeczona po pracy.Dochodzila 17.00.
- Jestes?-spytala obracajac sie za siebie.
Byl za nia.Jasnowlosy chlopczyk,okolo 7 lat.Na jego twarzy pojawil sie grymas.
- I gdzie ja bede siedzial?-spytal uniesionym glosem.
- Tam gdzie ja,czyli nigdzie-odparla Anna.-Widzisz przeciez,ze wszystkie miejsca sa zajete.
Oczy chlopca zwezily sie.Prze zacisniete zeby powiedzial:
- Mowilem,zebys szla szybciej,ale ty nie!jescze tu,jeszcze tam i prosze!ani jednego miejsca!
Anna zagryzla usta.odwrocila sie do syna i spytala:
- A kto mial zrobic zakupy? jak chcesz miec obiad to trzeba cos kupic najpierw,prawda?
Autobus zawarczal,szarpnal i ruszyl z miejsca,z cala jego wrzawa,smiechami i tlokiem.
- Trzymaj sie porzadnie,bo upadniesz.
Zwrocila uwage chlopcu,ale ten odwrocil sie bokiem przygladajac sie zlosliwym wzrokiem wszystkim siedzacym pasazerom.Oczywiscie nie chwycil sie oparcia i balansowal na nogach. Nagle swiatlo zmienilo sie na czerwone,autobus gwaltownie przyhamowal. Anna nie zdazyla go zlapac.Rzucila siatki i schylila sie do chlopca,ktory wyladowal miedzy siedzeniami.Zdziwiona zauwazyla,ze zamiast plakac czy marudzic,on zaczyna sie smiac.Coraz glosniej i glosniej. Chlopiec chichotal i (...)
--- cały tekst ---
kazdy swit jest rzeski.Nieznany.Jest zapowiedzia nowego dnia.Obietnica,ze dzis moze sie wszystko zmienic.Poranny chlod dodaje sil.Zmusza do energicznego kroku.Spiew ptakow roztapia serce i rozwiewa opary wieczornych obaw.Nowy dzien.Nowe mozliwosci.
Niecierpliwe oczekiwanie na cokolwiek innego od zwyczajnego rytmu dnia,utrzymuje sie do poludnia.Potem rodzi sie obawa.Bo nic nie zapowiada "tego czegos".Samotny obiad w drugorzednym barze rozczarowuje.Ale przeciez to nie koniec!Dopiero pol dnia minelo.Drugie pol nadal kryje w sobie tajemnice.Nadzieja odzywa.Kaze ogladac sie za siebie,wypatrywac.Doszukiwac sie czegokolwiek,co mogloby byc zwiastunem "nieznanego".
Zblizajacy sie zmierzch odbiera marzenia.Zadnego listu w skrzynce.Zadnej wiadomosci na automatycznej sekretarce.Nie pali sie swiatlo w kuchni.Nie ma zadnych zapachow.
Zachod slonca jest piekny.Jakby chcial wynagrodzic rozczarowanie dniem.Niesie ukojenie dla zmeczonego ciala.Dla duszy bol.Niespokojnosc snu.Kontury znajomych rzeczy rozplywaja sie powoli w ciemnosci.I ciszy.
Noc.Wdowa po dniu.Samotny lunatyk za oknem poglebia stan odretwienia.Blyszczy,ale zimny i martwy.O swicie tylko blady jego cien...Wstaje nowy dzien.
(1991)
Jest w miescie kobieta.Nazywaja ja Malowanka.Najczesciej mozna ja spotkac w autobusie glownej linii.Kiedy wsiada,ci,co juz ja poznali,usmiechaja sie do siebie znaczaco.Tracaja lokciami.Inni otwieraja szeroko oczy.Zmieniaja miejsca.
Malowanka nigdy nie ma biletu.Zato ma psa.Dominike.pies zwyczajny,niezbyt duzy,zolty.Malowanka tez niezbyt duza.Ale zupelnie niezwyczajna.Dwa zlote klipsy w nosie,ogromne kolczyki w uszach.Krotka czarna mini,stare buty na powykrecanych obcasach.
Malowanka mowi sama do siebie. I do Dominiki jak do corki. Wsiada i wysiada kiedy i gdzie jej sie spodoba.Mieszka w ogromnym domu z betonu.Sasiedzi dobrze ja znaja,ale mowia o niej tylko czasami.Po cichu.W zaciszach domow.Przy kawie z kolezanka.
Czasami Malowanka wyglada przez okno,glosno kogos wola.potem zbiega na dol i odpowiada do pustego juz okna.Takie rozmowy slychac codziennie.Jak tluczenie garnkami i glosny szloch poznym wieczorem.
Przystajac z ciekawosci i obserwujac kobiete,mozna obejrzec jej dramat.Dla Malowanki trwa nadal.Od przeszlo pieciu lat rzuca garnkami w swej bezsilnosci,miotajac nimi w domowej awanturze.Krzyczy przez okno do meza,ktory stoi na trawniku z walizkami i kochanka u boku.Odgraza sie do okna jego slowami..
Wreszcie z Dominika,ktora po rozstaniu rodzicow zakonczyla zycie gdzies w parku,jedzie przeszukiwac miejsca dawnych spacerow.Miejsca sa puste.Nawet cieni dawnych spacerowiczow.
Regularnie co miesiac listonosz przynosi Malowance zagraniczny (...)
--- cały tekst ---
Anna patrzyla na odbicie w lustrze.Pomiete i kolorowe.Ani zaczesac wlosow na lewo ani na prawo.Nie zakryja sladow.Gruba warstwa makijazu rzuca sie w oczy.Nie,tak nie wyjdzie nawet do sklepu.Boze!przeciez musi!Musi kupic cos na obiad.Nie moze nie byc obiadu!
Ciemne okulary,postawiony kolniez.Nie wazne,ze beda sie jej przygladac.Nie pierwszy i ostatni raz.Z ta swiadomoscia juz jest jej ciezko,a jeszcze nie niesie zakupow.
Gotowy obiad z dwoch dan wypelnia swym aromatem mieszkanie.Anna jest glodna.Ale nie na tyle,aby nie zaczekac.Dokladnie gdy wskazowki ustawiaja sie na 18.00,w zamku szczeka klucz,skrzypiac otwieraja sie drzwi.
- Witaj kochanie - mowi Anna calujac meza w policzek,odbierajac od niego torbe. - Chodz,obiad juz czeka.
Siedza naprzeciw siebie,powoli zjadajac swoje porcje,rzucaja sobie spojrzenia.Nie wiedza co powiedziec.
- Anno,czy rozpakowalas moja torbe?
Anna zamiera z widelcem w pol drogi.
- Nie,jeszcze nie...-mowi. -Ale zaraz po obiedzie to zrobie.
- Nie,nie trzeba.Nie zagladaj do niej dzisiaj - mowi on i lobuzersko sie usmiecha.
Anna nie wie czego sie spodziewac.Juz dawno takiego usmiechu nie widziala.
Gdy zmywa naczynia,on grzebie cos w torbie.Staje obok niej i tulac sie do jej ramienia,wysuwa przed siebie male,szklane serduszko.
- To na dowod jak bardzo cie kocham i ....przepraszam za wczoraj.
Anna bierze serduszko.Lzy wzbieraja w niej coraz silniej.Ale boi sie zaplakac.On bierze jej (...)
--- cały tekst ---
