Przybyłem do zesłańców, do Tell-Abib,
osiedlonych nad rzeką Kebar i wśród słupów
pozostawałem przez siedem dni.
Nie pamiętam stylu, w jakim było wykonane biurko
i lampka – jej włącznik idealnie pasował do dłoni.
Zajmowałem lokal w zachodniej stronie wieżowca
– dni kończyły się wszystkimi odcieniami czerwieni.
Ceniłem funkcjonalność i prostotę; koncepcje
okrągłe i mocne jak modernistyczne biurowce.
Moim głosem przemawiał bóg – byłem posłańcem,
a słowa przestrogą, obietnicą, objawieniem.
Któregoś dnia obudziłem się pod zwałami pyłu
i gruzu – chcę wierzyć, że to limbus. Ciekawi mnie,
czyja krew zakrzepła na moich czterech twarzach,
jak zaszło słońce siedemdziesiątego siódmego dnia.
Przepiękny.Ukłon wielki.
zgłoś
Ot zstąpił Perney na niwę trumla. Tylko się cieszyć, dziękować, kłaniać. Oklaski.
zgłoś
Dzięki, chłopaki :-)
zgłoś
Dobry
zgłoś
jest wiersz
zgłoś
dziękuję za komentarze
zgłoś
A potem do doliny kości suchych przywiodła mnie ręka Pana Zastępów i rzekł do mnie: - Synu Człowieczy czy ożyją te kości? - Ty wiesz Panie. - Synu Człowieczy prorokuj do tych kości a ożyją. Prorokowałem więc jak mi nakazano i oto powstał szum i zbliżyły się kości jedna do drugiej i pojawiły się ścięgna i urosło ciało i skóra pojawiła się na wierzchu. - Oto ja otworzę wasze groby ludu mój i poznacie że jestem Pan bo tchnę w was ożywcze tchnienie i zaprowadzę was do ziemi obiecanej / Księga Ezechiela 37 rozdział/
zgłoś
niesamowicie jest wśród bogactwa słów autorów przeróżnych spotkać też cięcie ducha
zgłoś