Zmiana sposobu prezentacji
życie to sztuka opanowywania demonów
wspięłam się na kuchenny kontuar i podpieram brodę o kolana
drżenie ustaje i jest cieplej
zmiana perspektywy otwiera drogę możliwościom
wystarczy je dostrzec i chwycić
w strachu i smutku nie rodzą się piękne sprawy
gniją i umierają chęci
czas przetrzeć szafki z kurzu a okulary z tuszu
poszukać dobra wokół siebie
mimo że bliższe nam niepowodzenia i zmartwienia
zamknąć je w piekarniku i przegonić
ogrzać się w ich płomieniach
uwarzyć dobrej strawy i napełnić się optymizmem
na każdego demona jest lek
siedzę po swojej stronie huśtawki
czekam
wiem, że nie tak łatwo mnie podnieść
lata doświadczeń ważą
nie pozwalam też siadać każdemu
czekam
w chłodne dni jest najgorzej
ręce marzną na oparciu
czasem prostuję nogi, chodzę, ale wracam
i czekam
to głupie wciąż wierzyć, że ktoś mnie zrównoważy? uniesie?
oderwie od ziemi i przytrzyma chwilę w górze?
mogłabym iść na zjeżdżalnię, do piasku, czy na karuzelę...
wolę jednak huśtawkę więc czekam
pachną i robią wrażenie
uśmiecham się do nich bezwarunkowo
a w myślach wpycham Ci je do gardła
bo widzisz... ja kocham kwiaty!
na łące, w ogrodzie, nad stawem
a wiesz jak smutno wyrzuca się zwiędnięty bukiet?
nie, skąd możesz wiedzieć
wręczasz, rośniesz z dumy, czekasz na oklaski
a przekwitnięte brzydną, śmierdzą, opadają na blat
chcesz pozostawić dobre wrażenie
daj przeżyć niezapomnianą chwilę
słowem, uśmiechem, gestem, czynem
Przebudziły się motyle z zimowego snu.
Powróciły z chińskich wakacji żurawie.
Do panien wolnych w okienko stuk-puk-puk-stuk
samce alfa ruszają w godowej postawie.
Puszą fryzurę obleczeni w woń piżma
rozbierającym wzrokiem zapraszają w toki.
Sikor na ręku odzwierciedla saldo konta,
ma mieć magiczną moc topienia serc niewieścich.
Z szerokim uśmiechem wiją misterne baje
o swej męskości – świętym graalu dla pięknych dam.
Niecierpliwe wargi i dłonie lepko błądzą
znacząc na malinowo rewir – tu byłem ja!
Wiosenne łąki pełne gorących uniesień
mruczą i bzyczą, jęczą i dyszą.
jest taki dzień
kiedy oczy mrugają częściej
stos przekleństw w gardle więźnie
szczypie korowód wszędobylskich serc
jest taki dzień
kiedy z lustra znika uśmiech
kawa smakuje zupełnie przeciętnie
droga do domu mogłaby trwać dłużej
jest taki dzień
kiedy z trudem można usnąć
jak kamień uwiera puste miejsce
dłoń ściska złość i powietrze
jest taki dzień
bardzo ciepły choć lutowy
dzień zwykły dzień
szczęśliwie jutro będzie nowy
tykanie zegara irytuje ponad wszelką normę
za oknem mewy drą się niespokojne
wiem że patrzenie niczego nie przyspieszy
idę do kuchni po wodę
po łyku stwierdzam że nie lubię wody
idę umyć kubek
myślę że te czynności zajęły wieczność
sprawdzam
pusto
kładę się na podłodze z nogami do góry
czy ten zegar zawsze tak głośno chodził?
i kto karmi te przeklęte ptaszyska?!
nie no tylko spokojnie
oddycham głęboko jak uczyli
przeponą
wdech na dwa wydech na cztery
oddycham liczę zegar tyka trochę ciszej
sprawdzam
pusto
sprawdzam ponownie
pusto
odświeżam ponownie
nie masz nowych wiadomości
zabiję zaraz którąś z tych przeklętych mew!
idę do łazienki się wyciszyć tak naprawdę
siadam na brzegu wanny
zimno ale to dobrze
odkręcam wodę
solę
z lustra patrzy na mnie smutna twarz
nie lubię jej
znika w parze
kurwa nawet ona ma parę
wychodzę szybko sprawdzić pocztę
pusto
odświeżam
nie masz nowych wiadomości
wracam rozbierając się po drodze
wchodzę po szyję i dosalam
zanurzam głowę i otwieram oczy
śmieszny falujący sufit łazienki
moje włosy kafelki i to głupie lustro
wciągam powietrze
a tam woda
krztuszę się jak wariatka
gardło pali i nie mogę się uspokoić
--- full text ---
zaciśnięta na skórzanym pasku dłoń
ukradkiem dotyka sperlonego policzka
głowa spętana kablami i szalem
nuci nostalgiczne melodie
światła latarni błyskają w oczach
mruży je na przystankach
marketingowe neony oślepiają głupotą
słusznie przymyka na nie wzrok
chłód próbuje z życia przegonić
srebrnym termosem i rękawiczkami
jednak nie to ciepło i nie tam
rozgrzeje ciało i duszę na trwałe
Czy ktoś jeszcze tęskni do pisania listów? Oczekiwań na listonosza? Wybierania papeterii? Czytania kilkukrotnie pisanych ręcznie zdań, by nie zgubić żadnego wątku? Czasem mi się śni skrzynka pełna listów... Listopad to czas, kiedy listy powinny częściej do nas wpadać.
zawilgocone dłonie wycieram w niesforne loki
bo gdy pada warto spojrzeć prosto w niebo
rozgrzeje je potem napar z bratka lub kawa z miodem
kaloryfery jeszcze chłodne
zupełnie jak jego oczy
całkiem zbędne to pamiętać
wracam wstawić wodę
